Delfina wyskoczyła nagle z łóżka i pobiegła do biurka.

— Jadę, jadę natychmiast, Eugeniuszu — zawołała podając mu sakiewkę, którą z biurka wyjęła.

Zadzwoniła.

— Pozwól mi się ubrać; byłabym chyba potworem, gdybym nie pojechała! Idź, ja cię uprzedzę! Tereso — zawołała na pokojową — powiedz panu de Nucingen, żeby przyszedł natychmiast rozmówić się ze mną.

Eugeniusz był tak uszczęśliwiony dobrą nowiną, którą miał zwiastować umierającemu, że powrócił prawie wesół na ulicę Neuve-Sainte-Geneviève. Stanąwszy przed domem, sięgnął co prędzej do sakiewki, żeby zapłacić woźnicy. Niestety! Sakiewka bogatej i eleganckiej baronowej zawierała tylko sześćdziesiąt sześć franków. Eugeniusz wbiegł szybko na schody i stanął przy łóżku Goriota. Bianchon podtrzymywał w tej chwili chorego, a felczer szpitalny przypalał mu plecy moksą według wskazówki lekarza. Ostatni ten środek, na jaki nauka mogła się zdobyć, nie wywierał już żadnego skutku.

— Czy pan czujesz palenie? — pytał lekarz.

Ojciec Goriot spostrzegł w tej chwili studenta i powiedział:

— Przyjdą, nieprawdaż?

— Kiedy mówi, to jeszcze nadzieja nie stracona — rzekł felczer.

— Tak — odparł Eugeniusz — Delfina wnet przyjdzie.