Wszyscy goście spojrzeli po sobie. Ojciec Goriot spuścił oczy i odwrócił głowę ocierając łzy.
— Zaprószyłeś mi pan oko tabaką — rzekł do sąsiada.
— Kto spróbuje dokuczać ojcu Goriot, ten od dzisiejszego dnia będzie miał ze mną do czynienia — wyrzekł Eugeniusz, zwracając się do sąsiada starego fabrykanta makaronu. Ojciec Goriot wart więcej od nas wszystkich. Nie mówię tego do pań — dodał zwracając się ku pannie Taillefer. — Zdanie to było stanowcze, Eugeniusz wyrzekł je takim głosem, że wszyscy obecni zamilkli. Vautrin tylko rzekł drwiąco: — Kto bierze ojca Goriot na swój rachunek i chce zostać jego redaktorem odpowiedzialnym, ten powinien umieć dobrze się obchodzić ze szpadą i z pistoletem.
— Ja też postaram się o to — rzekł Eugeniusz.
— Czyś pan rozpoczął dziś kampanię?
— Być może — odparł Eugeniusz. — Lecz nie jestem obowiązany zdawać nikomu sprawy z mych czynności, bo sam nie staram się zbadać, co inni robią po nocy.
Vautrin spojrzał na niego z ukosa:
— Mój mały, jeżeli chcesz ocenić marionetki należycie, to wejdź zupełnie do budy, a nie poprzestawaj na zaglądaniu przez dziury pokrycia. Dość tej gawędy — dodał — widząc, że się Eugeniusz burzyć zaczyna. Pogadamy jeszcze z sobą, jeżeli tylko pan zechcesz.
Obiad przechodził w milczeniu ponurym. Usłyszawszy słowa studenta, ojciec Goriot, pogrążył się cały w boleści i nie pojmował nawet tego, że usposobienie ogólne zmieniło się na jego korzyść, gdyż młodzieniec zdolny odeprzeć prześladowanie wystąpił w jego obronie.
— Czyżby pan Goriot był rzeczywiście ojcem jakiejś hrabiny? — spytała z cicha pani Vauquer.