— Francuz kocha się w niebezpieczeństwie, bo wśród niebezpieczeństw sława się zdobywa, tak mówi pan de Chateaubriand — odparł Eugeniusz z ukłonem.
Po chwili rącze konie niosły go wraz z panią de Beauséant do modnego teatru. Weszli do jednej z łóż położonych naprzeciw sceny i Eugeniusz sądził, że się znalazł w jakimś czarodziejskim świecie, bo wszystkie lornetki zwróciły się na niego i na panią de Beauséant, która miała na sobie strój przepyszny. Z zachwytu w zachwyt przechodził.
— Chciałeś pan ze mną pomówić — rzekła pani de Beauséant. — Ach! patrz pan, oto pani Nucingen znajduje się w trzeciej loży za nami. Siostra jej i pan de Trailles są po drugiej stronie.
Mówiąc to wicehrabina spoglądała na lożę Bochefidów. Przekonała się, że markiza tam nie ma i twarz jej zajaśniała wyrazem zadowolenia.
— Jaka ona prześliczna! — powiedział Eugeniusz, przyglądając się pani Nucingen.
— Ma takie jasne rzęsy.
— Tak, ale co to za kibić wysmukła!
— Ręce jej są zbyt duże.
— Ale jakie piękne oczy!
— Twarz ma za długą.