— Gdzież on będzie na obiedzie? — zapytał Bianchon.
— U pani baronowej de Nucingen.
— U córki pana Goriot — dorzucił student.
Przy tych słowach oczy wszystkich zwróciły się na exfabrykanta, który spoglądał na Eugeniusza z pewnym rodzajem zazdrości.
Rastignac zatrzymał się na ulicy Saint-Lazare, przed jednym z tych domów o wysmukłych kolumnach i lekkich portykach, które uchodzą za wzór piękna w Paryżu. Był to dom prawdziwie bankierski, pełen wymysłów kosztownych, strojny w sztukaterie i mozaiki marmurowe. Znalazł panią de Nucingen w małym saloniku, obwieszonym malowidłami włoskimi, którego ozdoby przypominały kawiarnię. Baronowa była smutna. Usiłowała szczerze ukryć swe zmartwienie i przez to właśnie obudziła ciekawość Eugeniusza, który spodziewał się, że jego obecność uszczęśliwi tę kobietę, a tymczasem znalazł ją zrozpaczoną. Zawód ten podrażnił jego miłość własną.
— Bardzo niewiele jeszcze mam prawa do zaufania pani — rzekł Eugeniusz, który usiłował nadaremnie zbadać przyczynę jej zakłopotania, spodziewam się jednak, że pani powiedziałaby mi z całą otwartością, gdybym jej zawadzał.
— Zostań pan — rzekła baronowa — bez pana byłabym zupełnie samotna. Nucingen nie będzie na obiedzie, a ja nie chciałabym zostać sama jedna, potrzebuję dziś rozrywki.
— Cóż to pani?
— O! Panu tego nie powiem — zawołała. — Prędzej każdemu innemu.
— A ja chcę wiedzieć. Bo widocznie tajemnica pani ma jakiś związek z moją osobą.