Na razie opanowała go wewnętrzna gorączka na myśl, że zawarł przymierze z człowiekiem, który w nim wstręt wzbudzał, a jednocześnie rósł w jego oczach przez sam cynizm swych zasad i przez odwagę, z jaką deptał społeczność całą; niebawem jednak ochłonął, ubrał się i, zażądawszy fiakra, pojechał do pani de Restaud. Od kilku dni hrabina okazywała szczególne względy młodzieńcowi, którego powodzenie w wyborowym kółku wielkiego świata zapowiadało, że wpływ jego stanie się kiedyś bardzo potężny. Eugeniusz oddał, co był winien panom de Trailles i d’Adjuda, a przepędziwszy część nocy przy wiście, odzyskał wszystko, co stracił był poprzednio. Przesądny, jak większa część ludzi, których przyszłość nie jest jeszcze zapewniona i z których każdy jest mniej więcej fatalistą, widział w swym szczęściu nagrodę nieba za to, że postanowił wytrwać na dobrej drodze.
Następnego poranku pilno mu było zapytać, czy Vautrin ma jeszcze jego weksel. Odebrawszy odpowiedź twierdzącą, oddał mu trzy tysiące franków, zdradzając przy tym dosyć naturalne zadowolenie.
— Wszystko idzie dobrze — powiedział mu Vautrin.
— Lecz ja nie jestem pańskim wspólnikiem — rzekł Eugeniusz.
— Wiem, wiem — przerwał Vautrin. — Dziecinnisz się pan jeszcze. Zatrzymują cię na wstępie rzeczy małej wagi.
W dwa dni później Poiret i panna Michonneau siedzieli wśród ustronnej alei Ogrodu Botanicznego, na ławce oblanej promieniami słońca i prowadzili rozmowę z jegomościem, którego Bianchon nazwał słusznie podejrzaną figurą.
— Nie pojmuję — mówił pan Gondureau — skąd się biorą skrupuły pani. Jego ekscelencja minister policji generalnej państwa...
— Ach, jego ekscelencja minister policji generalnej państwa... — powtórzył Poiret.
— Tak, jego ekscelencja zajmuje się tą sprawą, — rzekł Gondureau.
Komuż nie wyda się nieprawdopodobne, że Poiret, dawny urzędnik, człowiek pozbawiony zdolności myślenia, lecz zbrojny prawdopodobnie we wszystkie cnoty mieszczańskie, nie przestał słuchać mniemanego kapitalisty z ulicy Buffon, w chwili gdy tenże wymówił słowo policja, ukazując spod maski poczciwca fizjonomią agenta z ulicy de Jerusalem? A jednak to rzecz najnaturalniejsza w świecie. Wielu obserwatorów zrobiło spostrzeżenie, którego jeszcze nie rozpowszechniono, lecz które objaśni lepiej, jakie miejsce Poiret zajmował w wielkiej familii głupców. Jest pewien naród pierzasty, zamknięty w budżecie między pierwszym stopniem szerokości północnej, pod którym leży niby Grenlandia administracyjna, kraj honorariów wynoszących tysiąc dwieście franków, a stopniem trzecim, pod którym zaczyna się strefa cieplejszych honorariów wynoszących od trzech do sześciu tysięcy, strefa umiarkowana, w której gratyfikacja przyjmuje się i kwitnie, pomimo trudności uprawy. Rysem charakterystycznym, który zdradza najlepiej niedołęstwo i tępość umysłu tej rasy służalczej, jest szacunek jakiś mimowolny, machinalny, instynktowy dla tego Dalajlamy wszelkiej władzy, którego urzędnik zna tylko z nieczytelnego podpisu i nazywa jego ekscelencja ministrem. Te trzy słowa znaczą tyle, co Il Bondo Cani kalifa bagdadzkiego i wyobrażają w oczach tej rasy znędzniałej władzę uświęconą, nieodwołalną. Jak papież dla chrześcijan, tak minister w oczach urzędnika jest administracyjnie nieomylny; świetność jego osoby odbija się na jego czynach i słowach oraz na słowach wymówionych w jego imieniu; haft jego munduru okrywa wszystko i uprawnia każdy czyn spełniony z jego rozkazu; tytuł ekscelencja świadczący o czystości jego zamiarów i świątobliwości jego chęci, służy za paszport najdzikszym ideom. Na samo wspomnienie jego ekscelencji, nieboracy owi podejmują się najskwapliwiej tego, czego nie zrobiliby we własnym interesie. Biura mają, tak jak armia, swoje bierne posłuszeństwo: za pomocą tego systematu zagłusza się sumienie, unicestwia człowieka i zmienia go w końcu w śrubę lub muterkę połączoną z machiną rządową.