— Ach! ach! Czy pani rozumie ten dwuznacznik? — zapytał Poiret. — Pan Gondureau nazywa go człowiekiem znacznym, dlatego, że go naznaczono.

— Mniemany Vautrin — ciągnął agent dalej — przyjmuje kapitały panów galerników, umieszcza je, przechowuje i oddaje do rozporządzenia zbiegłym więźniom, rodzinom pozostałym po tych, którzy zrobili testament lub kochankom galerników, którzy przekazali im weksle.

— Kochankom galerników! Chcesz pan powiedzieć żonom — zauważył Poiret.

— Nie, panie, galernik miewa zwykle tylko nieprawe małżonki.

— Wszyscy więc oni żyją w związkach nieprawych?

— Oczywiście.

— Ależ — mówił Poiret — to zgroza, której jego ekscelencja minister nie powinien by cierpieć. Pan masz szczęście widywać jego ekscelencję, wypadałoby więc panu, którego zasady są, o ile mogę wnosić, bardzo filantropijne, zwrócić uwagę ministra na niemoralne prowadzenie się tych ludzi, którzy dają bardzo zły przykład całemu społeczeństwu.

— Ależ, mój panie, rząd nie po to ich tam umieszcza, żeby służyli za wzór cnót.

— To prawda. Pozwól pan jednakże...

— Ależ, kochaneczku, nie przerywaj panu — rzekła panna Michonneau.