Zbliżając się do miasteczka, Benassis spostrzegł dwoje ludzi gościńcem idących, a ukazując ich komendantowi, który od pewnego czasu w głębokiém zamyśleniu jechał, rzekł:

— Widziałeś pan pełną rezygnacyi niedolę wojskowego weterana, przypatrz się teraz nędzy starego rolnika. To jest człowiek, który przez całe życie siał, orał i zbierał dla drugich.

Genestas podniósł oczy i zobaczył staruszka idącego w towarzystwie równie staréj kobiety. Biedak zdawał się cierpiącym i z trudnością wlókł za sobą nogi w podarte chodaki obute. Na plecach niósł sakwy, a w nich jakieś narzędzia, które uderzając wzajem o siebie szczękały za każdém poruszeniem ich właściciela; boczna kieszeń zawierała chléb, kilka główek cebuli i trochę orzechów. Nogi miał pokrzywione, a grzbiet tak od ciągłego schylania się przy pracy zgarbiony, że szedł zgięty prawie i dla równowagi na kiju opierać się musiał. Włosy jego, białe jak śnieg powiewały z pod kapelusza, zrudziałego od deszczów i słońca i białemi nićmi pozszywanego. Ubranie z grubego płótna tysiącznemi i różnokolorowemi łatami upstrzone okrywało tę ruinę człowieka, któréj nie brakowało żadnéj z tych cech, co ruiny tak wzruszającemi czynią. Żona jego nieco prościéj się trzymająca, ale również łachmanami odziana, niosła na plecach gliniane, płaskie naczynia, opatrzone w ucha, przez które przeciągniętym był przytrzymujący je rzemień. Na odgłos kopyt końskich oboje podnieśli głowy, a poznawszy Benassisa przystanęli. Widok tych dwojga staruszków, zniedołężniałych już prawie od pracy, których twarze poczerniałe i zgrubiałe zatraciły prawie ślady dawniejszych rysów w mnóstwie przerzynających je zmarszczek, dziwnie był przejmującym i bolesnym. Spojrzawszy na nich już się całą historyą ich życia wiedziało. Oboje pracowali bezustannie i cierpieli bezustannie, wiele bólów a mało radości dzielili ze sobą i zżyli się ze swoją niedolą, jak więzień z celą, w któréj go zamknięto. Na twarzach ich błąkał się nawet wyraz wesołéj otwartości i prostoty. Kto im się baczniej przyglądał, temu życie ich jednostajne, będące tylu biednych istot udziałem, mogło się prawie godném zazdrości wydać. Widne w nich były ślady wielkich cierpień, ale smutku tam nie znalazłeś.

— No i cóż tam, ojcze Moreau — rzekł Benassis — chcesz więc koniecznie ciągle pracować?

— Tak, panie merze. Wykarczuję panu jeszcze z parę piędzi lasu przed śmiercią — odparł wesoło staruszek, którego czarne oczy błysnęły.

— Cóż to niesie wasza żona? czy wino? Jeżeli już nie chcecie sobie odpocząć, to przynajmniéj winem pokrzepiać się trzeba.

— Nudzi mi się, gdy odpoczywam. Wolę sobie na słonku i świeżém powietrzu karczować; to mnie ożywia. A co do wina, tak proszę pana, to jest wino i wiem dobrze, że z łaski pana dostaliśmy je prawie zadarmo od pana mera z Courteil. Ho, ho, zawsze się to wyda, choć pan się jak może ukrywa.

— No, do widzenia matko! Idziecie dziś pewno na Champferlu.

— A tak, proszę pana, wczoraj tam robotę zaczęli.

— Szczęść wam Boże! — rzekł Benassis. — Musi być wam jednak miło patrzyć na tę górę, którąście prawie sami wykarczowali.