— Tak panie — odparła spokojnie zwracając się ku niemu — Bóg mnie hojnie obdarował.

— Dziękujemy za wszystko, pani Vigneau — rzekł Benassis — wstąpiłem tylko dowiedziéć się, czy co złego nie zaszło.

— Nic — odrzekła — jak pan widzisz, byłam teraz w ogrodzie i pełłam, żeby cośkolwiek robić.

W téj chwili nadeszły obie matki, aby powitać Benassisa, a woźnica stał nieruchomo na podwórzu i wpatrywał się w lekarza.

— Podaj mi pani rękę — rzekł Benassis do młodéj kobiety.

Wziął ją za puls i liczył uderzenia w milczeniu z nadzwyczajną uwagą. Przez ten czas, kobiety przyglądały się komendantowi z tą naiwną ciekawością, którą ludzie wiejscy bez żadnéj ceremonii okazują.

— Wszystko jak najlepiéj — wykrzyknął wesoło lekarz.

— A kiedyż, kiedyż to będzie? — zawołały razem obie matki.

— Zapewne w tym tygodniu. Vigneau jest w drodze? — zagadnął po chwilowém milczeniu.

— Tak, proszę pana — odparła młoda kobieta — śpieszy się pokończyć interesa, by mógł być w domu podczas mojéj słabości.