— I cóż, moje dziecko, dalekoż już postąpiłaś z twoją robotą? — zapytał Benassis bawiąc się kawałkami płótna pokrajanemi na koszule.
Gabrynia spojrzała na lekarza nieśmiało i błagająco.
— Nie łaj mnie pan — wymówiła — nie tknęłam jéj nawet dzisiaj, choć to pan mi ją dałeś i dla ludzi, którym bardzo bielizny potrzeba, ale, czas był tak piękny! wyszłam się przejść trochę, nazbierałam panu grzybów i trufli i zaniosłam je Jacencie. Bardzo była kontenta z tego, bo mówiła, że u pana dziś goście na obiedzie; a i mnie to ucieszyło, żem tak odgadła, czego potrzeba. Coś mi szeptało, by iść dziś na grzyby.
I powiedziawszy to, spuściła znów oczy na robotę.
— Śliczny ma panienka domek — odezwał się Genestas.
— Nie jest on moim — odparła patrząc na niego oczyma, które się rumienić zdawały. — Należy do pana Benassisa — i zwolna spojrzenie na lekarza przeniosła.
— Wiesz dobrze moje dziecko — rzekł ten-że — iż cię z niego nigdy nie wypędzą.
Gabrynia podniosła się raptem i wyszła.
— Jakież ona na panu zrobiła wrażenie? — zapytał lekarz.
— Dziwnie się czuję wzruszonym — odparł Genestas. — A! aleś jéj pan śliczne gniazdko urządził.