Na drugi dzień — ciągnie daléj opowiadający po chwilowym przestanku — baba wstaje, bierze swoje zajdy, płaci dwa grosze za nocleg, gada o tém i owém, jakby nigdy nic, i wreszcie wychodzi. Raz za drzwiami, chce biedz co tchu, a tu ani rusz; strach jéj popodcinał nogi. Ale na dobre jéj to wyszło, bo jeden zbójca szedł za nią, aby się jeszcze lepiéj przekonać, czy téż ona nic nie wié. Baba jak go zobaczyła, zaraz to sobie pomiarkowała i siada na kamieniu. — Cóż wam to moja kobiecino — pyta mały, bo to był mały ten najgorszy z nich, co za nią poszedł. — Ach! moi kochani! — odpowiada — takie ciężkie mam zajdy i się już zdźwigałam! ot, gdyby mi to jaki poczciwy człowiek (widzicie jaka sprytna) rękę podał i do domu zaprowadził! A zbójca na to: — Ja wam pomogę. Baba przyjmuje. On bierze ją za rękę, by się przekonać, czy się boi. Ale nie! ani drgnęła. Idą więc spokojnie przez pola rozmawiając o zbożu, o konopiach, o tém i owém, aż dochodzą do przedmieścia, gdzie mieszkała baba i gdzie ją rozbójnik pożegnał, bojąc się, by kogo z policyi nie spotkał. Baba przyszła do siebie około południa i czekała na męża rozmyślając o tém wszystkiém, co jéj się w nocy i w drodze przytrafiło. Nad wieczorem wraca mąż głodny okrutnie i woła jeść. Baba bierze patelnię, aby mu co upietrasić i zaczyna opowiadać, jak sprzedała konopie, jak szła, jak to, jak owo, paple i paple babskim zwyczajem, ale ani słówka nie piśnie o zabitym panu i o wieprzach i rozbójnikach. A no dobrze. Bierze tedy, jak-em rzekł, patelnię i chce ją wysmarować tłustością, aż tu patrzy, a ona pełniuteńka krwi. Czémeś ty ją zababrał? — pyta męża. Czémże-bymmiał znów zababrać? mówi ten na to, — niczém. Baba myśli, że jéj się przywidziało, i kładzie patelnię na ogień. Aż tu bęc! głowa wypada z komina. Widzisz — mówi baba — to właśnie głowa zabitego pana. Jak ona na mnie patrzy! Czegóż chcesz? gadaj! — Chcę, abyś mnie pomściła! — odpowiada głos jakiś. — Nie bądź głupia i nie pleć trzy-po-trzy — rzecze mąż. Bierze głowę i wyrzuca ją na podworze, a głowa jak go nie ugryzie w palec! — Smaż daléj, co masz smażyć i nie turbuj się tém — mówi on do baby — to kot! — Kot! odpowiada tamta — co ty gadasz, toć to było okrągłe jak kula. Kładzie znowu patelnię na ogień i znowu buch! wypada noga. — Ta sama historya. — Mąż wcale nie przestraszony łapie nogę, jak złapał głowę, i wyrzuca za drzwi. Potém wypada druga noga, daléj obie ręce, kadłub, krótko rzekłszy, cały zamordowany pan. O smażeniu ani myśléć; a konopiarz głodny aż strach. Klnę się na moje zbawienie — powiada — że jak mi się jedzenie usmaży, zrobię wszystko, czego ten człowiek zażąda! — Aha! mówi baba — więc przekonałeś się teraz, że to człowiek. A dlaczego wmawiałeś we mnie, że to nie była głowa, tylko kot, sprzeko ty jakiś. Co robiący, tłucze ona jajka, przyrządza z nich jakieś jadło i podaje go mężowi, nie mrucząc już; bo już ją cała ta sprawa zaczyna niepokoić. Mąż siada i zaczyna jeść, ale baba ani tknie, bo ją głód ze strachu ominął. Aż tu: puk, puk, ktoś sztuka. — Kto tam. — Pan, co go wczoraj zabili. Proszę wejść — mówi konopiarz. — Zamordowany wchodzi, siada na rydlu i rzecze: — Pamiętajcie na Boga, który daje spokój wieczny tym, co wyznają święte imię Jego. Kobieto! widziałaś, jak mnie zabijali, i milczysz! Wieprze mnie zjadły, a wieprzom do raju wejść nie można. Więc ja, co jestem chrześcijaninem, muszę iść do piekła dlatego, że baba trzyma język za zębami; słyszana to rzecz! Musicie mnie wyzwolić. I tam daléj. Baba, w coraz większym strachu, czyści patelnię, kładzie świąteczny przyodziewek, idzie do sądu, opowiada całą rzecz i niedługo złodzieje dyndają na rynku, jak Bóg przykazał. Po tym dobrym uczynku baba i jéj mąż mieli zawsze najpiękniejsze konopie, a co ich jeszcze więcéj ucieszyło, to to, że urodził im się syn, czego oddawna pragnęli, a ten syn stał się z czasem baronem. Tak się kończy prawdziwa historya o odważnéj garbuli.
— Nie lubię takich historyj; ciągle mi się potém marzą — rzekła Gabrynia. — Wolę coś o Napoleonie.
— To prawda — potwierdził stróż domowy. — No, panie Goguelat! opowiedzcie nam o Napoleonie.
— Już za późno — odparł piechur — a ja skracać historyi nie lubię.
— To nic nie szkodzi; mówcie ino! — Znamy to wszystko, boście nam już nieraz opowiadali; ale zawsze miło takich rzeczy posłuchać.
— Opowiadajcie o cesarzu! — zawołało kilka głosów.
— Ha! skoroć chcecie — odparł Goguelat. — Ale zobaczycie, że to nic nie warto, kiedy się tak galopem opowiada. Wolę wam już jaką bitwę opowiedziéć! Na ten przykład o Champ-Aubert, gdzie już nie było ładunków, tylko się bagnetami dźgali? Cóż, chcecie?
— Nie! Nie! O cesarzu, o cesarzu!
Szeregowiec powstał z wiązki słomy i powiódł po zgromadzonych to ponure, brzemienne nędzą, cierpieniem i wypadkami, spojrzenie, jakie bywa starym żołnierzom właściwe. Obu rękami podwinął sobie poły kapoty w kształcie wałka, w którym niegdyś mieściła się jego odzież, buty i cały majątek, oparł się na lewéj nodze, prawą naprzód wystawił i odgarnąwszy swe włosy, wzniósł oczy do góry, jakby chciał podnieść się do wysokości zdarzenia, które miał opowiadać.
— Widzicie, moi kochani — zaczął — Napoleon urodził się w Korsyce, a Korsyka to jest wyspa francuzka, ogrzana słońcem włoskiém, gdzie się wszystko jak w kotle gotuje i gdzie jedni drugich zabijają z pokolenia na pokolenie, ot tak! nie wiedziéć dlaczego. Aby od najdziwniejszéj rzeczy zacząć, powiem wam, że jego matka, co była najpiękniejszą swojego czasu kobietą, a filutką jakich mało, umyśliła poświęcić go panu Bogu, by go od wszelkich niebezpieczeństw życia bronił; bo w dzień rozwiązania śniło jéj się, że cały świat w płomieniach widziała. Było to proroctwo! Prosi tedy Boga, aby go miał w swéj świętéj pieczy, pod warunkiem, że Napoleon przywróci religię, która wtedy w strasznéj była poniewierce. Jak się ułożyło, tak się stało.