— Nie! nie chcę panu dobrowolnie sprawiać przykrości.
— O! komendancie! ja wiele znieść potrafię.
— Panie! — rzekł Genestas ze drżeniem — tu chodzi o życie dziecka!
Czoło Benassisa zmarszczyło się nagle, ale dał znak Genestasowi, aby mówił daléj.
— O życie dziecka — ponowił komendant — które może być jeszcze uratowaném przy ciągłych i troskliwych staraniach. Ale gdzież znaléźć lekarza, zdolnego poświęcić się wyłącznie jednemu tylko pacyentowi? Ma się rozumiéć, że nie w mieście! Słyszałem o panu, jako o nieocenionym człowieku, ale lękałem się wszelako, aby te pochwały nie były przesadzone i bym się na ich lep wziąć nie dał. Postanowiłem tedy, sam zbadać tego pana Benassisa, o którym mi tyle pięknych rzeczy prawiono, zanim mu mego malca powierzę. Teraz...
— Dosyć — przerwał lekarz. — Więc to jest pańskie dziecko.
— Nie, mój kochany panie, nie! Aby panu wytłómaczyć tę tajemnicę, musiałbym opowiedziéć ci całą historyą, w któréj nie gram roli zbyt pięknéj; ale pan odsłoniłeś mi swoję przeszłość i ja téż przed tobą moję odsłonić mogę.
— Poczekaj komendancie — rzekł lekarz wołając na Jacentę, aby mu herbatę podała. — Widzisz pan, wieczorem, gdy wszyscy zasypiają, ja spać nie mogę. Smutki moje i wspomnienia opadają mnie, przygniatając swoim ciężarem: usiłuję się więc otrząsnąć z nich za pomocą tego napoju. Sprowadza mi on rodzaj oszołomienia nerwowego i sen, bez któregobym żyć nie mógł. — Cóż! nie dasz się pan na filiżankę namówić?
— Nie — odparł Genestas — wolę już pańskie wino.
— Jacento! — rzekł Benassis do wchodzącéj służącéj. — Przynieś proszę wina i biszkoptów.