Twarz Genestasa rozjaśniała się w miarę jak mówił lekarz.

— No, a teraz chodźmy na śniadanie. Gabrynia jest bardzo ciekawa zobaczyć cię — rzekł Benassis klepiąc zlekka policzki Adzia.

— Jakże więc? czy ma zagrożone piersi? — spytał Genestas odciągając lekarza na bok.

— Nie więcéj jak ja i ty, komendancie.

— Cóż mu jest zatém?

— Ech! — rzekł Benassis — niedobra chwila na niego przyszła, i to wszystko.

Gdy Gabrynia ukazała się na progu domu, Genestas z podziwem zauważył jéj ubiór pełen prostoty i zalotności zarazem. Nie była to już wczorajsza wieśniaczka, ale elegancka Paryżanka; spojrzenie, jakie na niego rzuciła, zmieszało go niezwykle. Spuścił oczy i utkwił je w orzechowym stole, na którym przygotowane były jajka, masło, ciasto pachnące, górskie poziomki. Gabrynia cały pokój przystroiła kwiatami, jakby dla pokazania, że dzień ten był dla niéj świątecznym. Na ten widok komendant doznał nieokreślonego uczucia, pozazdrościł téj górskiéj chatce jéj ciszy, woni i uroku, a na mieszkankę jéj zwrócił wejrzenie wyrażające wątpliwość i nadzieję i przeniósł je wnet na Adzia, któremu Gabrynia podawała jajka, krzątać się przy nim dla ukrycia swego zakłopotania.

— Kemendancie — rzekł Benassis — wiesz, za jaką cenę doznajesz tutaj gościnności. Musisz coś wojskowego opowiedziéć mojéj Gabryni.

— Trzeba naprzód pozwolić panu zjeść spokojnie śniadanie, ale potém...

— Bardzo chętnie — odparł komendant — ale pod warunkiem, że mi panna Gabrynia opowie także coś ze swéj przeszłości.