— Czy to prawda, że umarł? — zapytała. — Tylko proszę powiedz mi pan prawdziwą prawdę!

— Niestety! tak jest,

— Byłam tak małą w 1815 roku, że tylko kapelusz jego dojrzéć mogłam. I jeszcze o włos, co mnie nie zgnietli w Grenobli.

— Wyborna jest ta kawa ze śmietanką — rzekł Genestas, jakby chcąc zmienić przedmiot rozmowy. — Cóż, Adziu, podoba ci się tutaj? Będziesz odwiedzać pannę Gabrynię?

Chłopiec nie odpowiedział. Zdawało się, że nie śmie spojrzéć na młodą gosposię. Benassis oka z niego nie spuszczał, jakby go chciał do głębi duszy przeniknąć.

— Ma się rozumiéć, że będzie — rzekł. — Ale teraz wracajmy do domu, muszę jeszcze pojechać gdzieś konno. Podczas mojéj nieobecności porozumiesz się komendancie z Jacentą.

— Pójdziesz pani z nami — zwrócił się Genestas do Gabryni.

— Chętnie — odparła. — Mam nawet oddać coś Jacencie.

Poszli więc wszyscy ku domowi lekarza. Gabrynia, którą towarzystwo rozweseliło, prowadziła ich ubocznemi ścieżkami najdzikszą stroną góry.

— Panie komendancie! — rzekła po pewném milczeniu — pan mi nic o sobie nie powiedziałeś, a ja-bym tak chciała jakie wydarzenie z wojny usłyszéć. Lubię, gdy pan mówisz o Napoleonie, ale to takie smutne. Gdyby pan był tak dobry...