— Powiedz słowo, synu, a jutro rano otrzyma sumę potrzebną dla swego uwolnienia.
— Jak to! Dałbyś mi, ojcze, dwanaście tysięcy?...
— Dziecko! Czyż nie widzisz, że robimy cztery mile na godzinę? Staniemy na obiad w Poitiers. Tam, jeśli chcesz podpisać pakt, dać mi jeden jedyny dowód posłuszeństwa — jest on wielki, żądam go! — wówczas dyliżans jadący do Bordeaux zawiezie piętnaście tysięcy franków twojej siostrze...
— Gdzież są?
Hiszpański kanonik nie odpowiedział nic, Lucjan zaś pomyślał:
„Wydał się, żartował sobie ze mnie”.
W chwilę potem Hiszpan i poeta siedli w milczeniu z powrotem. Milcząc, ksiądz sięgnął ręką do kieszeni kolaski, wydobył z niej ów worek skórzany, podzielony na trzy przegródki, kształtu myśliwskiej torby, tak znany podróżnikom, po czym wygarnął zeń sto portugalskich dukatów, zanurzając po trzykroć szeroką rękę i wyjmując ją za każdym razem pełną złota.
— Ojcze, jestem twój — rzekł Lucjan, olśniony złotym strumieniem.
— Dziecko! — rzekł ksiądz, całując Lucjana z czułością w czoło. — To tylko trzecia część złota, która znajduje się w tej torbie; trzydzieści tysięcy franków, nie licząc pieniędzy na podróż.
— I ojciec podróżuje sam?... — wykrzyknął Lucjan.