— Czy chce pani — rzekł Petit-Claud — aby konferencja odbyła się u państwa? Zatem zostawiam pani Dawida. Ci panowie przybędą tu dziś wieczór, przekonacie się, czy umiem bronić waszych interesów.

— Och, bardzo będę panu wdzięczna! — rzekła Ewa.

— A zatem — rzekł Petit-Claud — dziś wieczór, tutaj, koło siódmej.

— Dziękuję — rzekła Ewa ze spojrzeniem i akcentem, które dowiodły Petit-Claudowi, jakie postępy czynił w zaufaniu klientki.

— Nie lękajcie się o nic! Widzicie, miałem słuszność — dodał. — Brat pani jest o trzydzieści mil od samobójstwa. Wreszcie może dziś wieczór będziecie mieli mająteczek. Zjawia się poważny nabywca na drukarnię.

— Jeżeli tak — rzekła Ewa — czemuż nie zaczekać, nim zwiążemy się z Cointetami?

— Zapomina pani — rzekł Petit-Claud, który spostrzegł niebezpieczeństwo płynące z jego postępowania — że będziecie państwo mogli sprzedać drukarnię dopiero, spłaciwszy pana Métiviera, ponieważ cały inwentarz jest dotąd zajęty.

Wróciwszy do domu, Petit-Claud posłał po Cérizeta. Kiedy korektor zjawił się w gabinecie, pociągnął go do okna.

— Będziesz jutro wieczór właścicielem drukarni Sécharda, a jest wszelka nadzieja, iż uzyskamy przelanie koncesji — rzekł mu do ucha — ale, jak sądzę, nie masz ochoty skończyć na galerach?

— Hę? Co? Czemu na galerach?