— To bracia Cointetowie cię ścigają! — wykrzyknęła biedna Ewa w odrętwieniu. — Oto czemu Métivier okazał się tak twardy... To ci fabrykanci papieru: chodzi im o twoją tajemnicę.

— Ale co czynić, aby się im wymknąć? — wykrzyknęła pani Chardon.

— Jeszeli bani ma jagie miejzdze, kciepy bana zchofadź — rzekł Kolb — botejmuję zię tofieśdź ko dam, dag sze nigd zię nie zbozdżesze.

— Udaj się do Brygidy Clerget, ale dopiero w nocy — odparła Ewa. — Pójdę omówić z nią wszystko. W takiej sprawie liczę na Brygidę jak na samą siebie.

— Szpiegowie pójdą twoim śladem — rzekł wreszcie Dawid, który odzyskał trochę przytomności umysłu. — Chodzi o to, aby móc uprzedzić Brygidę, nie chodząc do niej.

— Bani mosze iźdź — rzekł Kolb. — Odo moja gompinadzja: ja fyjtę z banem, otdziąkniemy żpiekóf na naż drob. Bżes den dżas bani bójcie to banny Glerszet, nigd nie saufaszy deko. Mam gonia, fesmę bana z dyłu sa ziotło i niech mnie dżardzi borfą, jeźli nas gdo tobatnie.

— A zatem do widzenia, drogi mój! — wykrzyknęła biedna kobieta, rzucając się w ramiona męża. — Nikt z nas nie będzie cię odwiedzał, bo moglibyśmy cię narazić. Trzeba pożegnać się z sobą na cały czas, przez który będzie trwało to dobrowolne więzienie. Będziemy porozumiewali się pocztą. Brygida będzie rzucać twoje listy, a ja będę pisała na jej nazwisko.

Wyszedłszy z domu, Dawid i Kolb usłyszeli gwizdanie i doprowadzili szpiegów aż w dół, do bramy Palet, gdzie był najem koni. Tam Kolb wziął pana za siodło, zalecając mu dobrze się trzymać.

— Końdzie, końdzie, topszy bżyjadziele! Gbię zobie s faz — wykrzyknął Kolb. — Nie tobatniedzie zdareko gafaleszyzdy.

I stary kawalerzysta pocwałował w pole z szybkością, która uniemożliwiła szpiegom zarówno pościg, jak rozeznanie kierunku.