Czterej zainteresowani znaleźli się jakby przed obficie zastawionym stołem, ale żaden nie miał odwagi zasiąść do uczty, z obawy, by go inni nie uprzedzili; toteż wszyscy nieufnie spoglądali na siebie.

W kilka dni po zniknięciu Sécharda Petit-Claud odwiedził Wielkiego Cointeta w papierni.

— Zrobiłem, co mogłem — rzekł. — Dawid zamknął się sam w więzieniu, którego nie znamy, i szuka tam w spokoju jakiegoś ulepszenia. Jeśli nie osiągnąłeś pan celu, to nie z mojej winy; czy dotrzyma pan obietnicy?

— Tak, jeśli dopniemy swego — odparł Wielki Cointet. — Stary Séchard siedzi tu od kilku dni, zachodził badać nas o kwestie fabrykacji papieru; stary skąpiec zwęszył wynalazek i chce go wyzyskać, jest zatem nadzieja spółki. Pan jesteś adwokatem ojca i syna...

— Niech pana Duch Święty natchnie, abyś ich wykierował — dorzucił Petit-Claud z uśmiechem.

— Tak — odparł Wielki Cointet. — Jeśli ci się uda wpakować Dawida do więzienia albo wydać go nam w ręce aktem spółki, będziesz mężem panny de la Haye.

— To pańskie ultimatum? — rzekł Petit-Claud.

Yes — odparł Cointet — skoro mówimy cudzoziemskimi językami.

— Oto zatem moje, w poprawnej francuszczyźnie — podjął Petit-Claud sucho.

— No! Cóż takiego? — rzekł Wielki Cointet, zaciekawiony.