— Dziękuję wam, rodacy, za zaszczyt, jaki mi czynicie, zaszczyt, którego będę się starał być godny; darujcie mi, że nie powiem więcej: wzruszenie moje jest tak żywe, że nie pozwala mi znaleźć słów.
— Niech żyje autor Gwardzisty!... Niech żyje autor Stokroci!... Niech żyje Lucjan de Rubempré!
Po tych trzech salwach, wzniesionych przez kilka głosów, trzy wieńce wraz z kilkoma bukietami wpadły, zręcznie rzucone, przez okno do mieszkania. W dziesięć minut później plac był pusty i cichy.
— Wolałbym dziesięć tysięcy franków — rzekł stary Séchard, który z głęboko szyderczą miną obracał w rękach wieńce i bukiety. — Ale cóż! Pan dałeś im stokrotki, oni oddają ci bukieciki: robicie w kwiatach.
— Tak pan ceni zaszczyt, jaki mi świadczą ziomkowie! — wykrzyknął Lucjan, którego fizjonomia przedstawiała wyraz zupełnie wolny od melancholii i promieniejący prawdziwą radością. — Gdybyś znał ludzi, papo Séchard, wiedziałbyś, że podobna chwila nie zdarza się dwa razy w życiu. Jedynie prawdziwemu entuzjazmowi można zawdzięczać podobne triumfy!... To, droga matko i siostro, zaciera wiele zgryzot.
Lucjan uściskał matkę i siostrę, jak się ściskają ludzie w owych chwilach, gdy radość występuje z brzegów falą tak szeroką, że trzeba ją przelać w serce przyjaciela... („W braku przyjaciela — rzekł kiedyś Bixiou — pijany powodzeniem autor ściska odźwiernego”).
— I cóż, drogie dziecko — rzekł do Ewy — czemu płaczesz? A, to z radości...
— Ach — rzekła Ewa do matki, skoro znalazły się same i miały wrócić do łóżek — zdaje się, że w każdym poecie mieszka pięknisia najgorszego rodzaju...
— Masz słuszność — odparła matka, potrząsając głową — Lucjan zapomniał już wszystko, nie tylko swoje nieszczęścia, ale i nasze.
Matka i córka rozstały się, nie śmiejąc wyrazić całej swojej myśli.