Lucjan spał jeszcze, kiedy Cérizet przyszedł dowiedzieć się o rezultacie wieczoru, słuchał w gabinecie Petit-Clauda opisu wielkich, mimo że małych, wydarzeń, które miały niebawem poruszyć całe Angoulême.
— Czy Lucjan napisał do pana słówko od swego powrotu? — spytał paryżanin, potrząsnąwszy głową na znak zadowolenia, skoro Petit-Claud skończył.
— Oto wszystko, co mam od niego — odparł adwokat, podając list, gdzie Lucjan skreślił parę wierszy na papierze listowym, którym posługiwała się siostra.
— A zatem — rzekł Cérizet — dziesięć minut przed zachodem słońca niech Doublon zasadzi się przy bramie Palet, niech ukryje żandarmów i rozstawi ludzi, będziemy mieli ptaszka.
— Jesteś pewny swojej sprawy? — rzekł Petit-Claud, mierząc spojrzeniem Cérizeta.
— Zdaję się na los — rzekł eksurwis paryski — ale los to skończony hultaj, nie lubi uczciwych łudzi.
— Trzeba, aby się powiodło — rzekł adwokat sucho.
— Powiedzie się — odparł Cérizet. — To pan pchnąłeś mnie w błoto, możesz mi tedy dać tych parę banknotów, żebym się miał czym obetrzeć... Ale, drogi panie — rzekł paryżanin, pochwyciwszy na twarzy adwokata wyraz, który mu się nie podobał — jeżeli mnie pan zwiódł, jeśli nie kupisz mi drukarni w ciągu tygodnia... przygotuj się, że zostawisz młodą wdowę — rzekł cicho ulicznik paryski, sącząc śmierć w spojrzeniu.
— Jeśli uwięzimy Dawida o szóstej, bądź o dziewiątej u pana Ganneraca; załatwimy twój interes — odparł rozkazująco adwokat.
— Zrozumiano; gość będzie obsłużony! — rzekł Cérizet.