— To padnie — rzekł Natan.

Przebiegł, ścigany przez Blondeta, który myślał, że Natan oszalał, apartament Floryny; następnie objął chciwym okiem nagromadzane tam bogactwa: wówczas Blondet zrozumiał.

— Jest tu z jakie sto i więcej tysięcy franków — rzekł Emil.

— Tak — rzekł wzdychając Raul, przystanąwszy przed wspaniałym łóżkiem Floryny; — ale wolałbym zostać na resztę życia przekupniem obwarzanków i żyć kartoflami bez omasty, niż sprzedać z tego bodaj jedną łyżkę.

— Nie łyżkę — rzekł Blondet — ale wszystko! Ambicja jest jak śmierć, musi położyć rękę na wszystkim, wie, że życie depce jej po piętach.

— Nie! po sto razy nie! Przyjąłbym wszystko od wczorajszej hrabiny, ale odbierać Florynie jej gniazdko?...

— Tak, jej warsztat, zapewne, to rzecz poważna...

— Wedle tego, co zrozumiałam, chcesz brać się do polityki zamiast do teatru — rzekła Floryna, ukazując się nagle.

— Tak, dziecko — rzekł dobrodusznie Raul, ujmując ją lekko za kark i całując w czoło. — Krzywisz się? Czy źle wyjdziesz na tym? Czy pan minister nie potrafi, lepiej od dziennikarza, uzyskać dla królowej sceny lepszego engagement? Czy nie będziesz miała ról i urlopów?

— Skąd weźmiesz pieniędzy? — rzekła.