— W chwili gdy pan wchodził — rzekła pani d‘Espard, zwracając się do Natana i wskazując spojrzeniem de Marsaya — pan minister twierdził właśnie, że rojaliści i republikanie są na drodze do porozumienia; musi pan coś o tym wiedzieć?
— A gdyby i tak było — rzekł Raul — gdzież w tym zbrodnia? Nienawidzimy tego samego, jesteśmy zgodni w nienawiści, różnimy się jedynie w miłości, oto wszystko.
— Skojarzenie conajmniej dziwne — rzekł de Marsay, obejmując rzutem oka hrabinę Feliksową i Raula.
— Nie będzie trwałe — rzekł Rastignac, który zanadto nieco myślał o polityce, jak wszyscy nowicjusze władzy.
— Co myślisz o tym, droga? — spytała pani d’Espard hrabiny.
— Nie rozumiem się nic na polityce.
— Wciągnie się w nią pani — rzekł de Marsay — i wówczas staniesz się podwójnie naszą przeciwniczką.
Natan i Maria zrozumieli to odezwanie dopiero, gdy de Marsay odszedł. Rastignac udał się za nim, zaś pani d’Espard przeprowadziła ich aż do drzwi pierwszego salonu. Kochankowie nie myśleli już o przycinkach ministra, sycili się tymi kilkoma minutami, które mieli dla siebie. Maria podała żywo rękę bez rękawiczki Raulowi, który ucałował ją, jak gdyby miał osiemnaście lat. Oczy hrabiny wyrażały taką pełnię szlachetnej czułości, iż Raul uczuł pod powiekami ową łzę, jaką mają zawsze na usługi mężczyźni o nerwowym temperamencie.
— Gdzie panią widzieć? mówić z panią? rzekł. Umarłbym, gdyby zawsze trzeba było maskować głos, spojrzenia, serce, miłość.
Wzruszona tą łzą, Maria przyrzekła być w lasku na przejażdżce za każdym razem, kiedy nie będzie zbyt brzydko. Przyrzeczenie to sprawiło Raulowi więcej szczęścia, niż mu go dała Floryna przez pięć lat.