— Och! czyż ja mogę wyjść z domu o jedenastej wieczór?
— Mam powóz.
— Co wy tu spiskujecie? — rzekł du Tillet, otwierając drzwi.
Ukazał siostrom bezbarwną twarz, rozjaśnioną fałszywie-uprzejmym grymasem. Dywany zgłuszyły jego krok, obie zaś kobiety zanadto były pochłonięte rozmową, aby słyszeć turkot powozu. Hrabina, u której obycie ze światem i swoboda, jaką się cieszyła, rozwinęły spryt i dowcip, dławione jeszcze u siostry despotyzmem małżeńskim, stanowiącym dalszy ciąg macierzyńskiego, spostrzegła na twarzy Eugenii przestrach mogący ją zdradzić, i ocaliła ją szczerą odpowiedzią.
— Uważałam siostrę za bogatszą, niż jest w istocie — odparła hrabina patrząc na szwagra. — Kobiety miewają niekiedy kłopoty, z których nie chcą zwierzać się mężom, jak Józefina z Napoleonem: przyszłam tedy prosić ją o przysługę.
— Może ci ją oddać bardzo łatwo, siostrzyczko. Eugenia jest bardzo bogata — odparł du Tillet ze słodko-kwaśnym uśmiechem.
— Tylko dla ciebie, szwagrze — odparła hrabina uśmiechając się z goryczą.
— O cóż idzie? rzekł du Tillet — który nie był od tego, aby omotać szwagierkę.
— Oj, mądralo, czyż nie powiedziałam, że nie chcemy dopuszczać mężów do sekretu? — odparła przezornie pani de Vandenesse, zdając sobie sprawę, że wydałaby się w ręce człowieka, którego portret, na szczęście, siostra skreśliła jej przed chwilą. — Wstąpię po Eugenię jutro.
— Jutro... — odparł chłodno bankier — Nie. Żona jest jutro na obiedzie u przyszłego para Francji, barona de Nucingen, który oddaje mi swój mandat w Izbie posłów.