— Niech pan to napisze — rzekła Laura de Rastignac, wyrażając naiwną wiarę w geniusz Lucjana.
— Brakuje Francji wielkiego świętego poematu — rzekł biskup. — Wierzaj mi, chwała i fortuna staną się udziałem człowieka z talentem, który zechce pracować dla religii...
— On to podejmie, Wasza Wielebność — rzekła pani de Bargeton z emfazą. — Czy Eminencja nie widzi idei poematu żarzącej się już niby blask jutrzenki w jego oczach?
— Nais poczyna sobie z nami dość szczególnie — rzekła Fifina. — Co ona robi?
— Nie słyszysz? Harcuje oklep na wielkich słowach, bez głowy i ogona.
Amelia, Fifina, Adrian i Franio ukazali się w drzwiach buduaru, towarzysząc pani de Rastignac, która szukała córki, gotując się do odjazdu.
— Nais — rzekły obie panie, zachwycone, iż mogą zakłócić aparté213 buduaru — byłabyś bardzo uprzejma, gdybyś nam chciała zagrać jaki kawałek.
— Moje drogie dziecko — odparła pani de Bargeton — pan de Rubempré powie nam swego Świętego Jana na Patmos, wspaniały poemat biblijny.
— Biblijny! — powtórzyła Fifina ze zdumieniem.
Amelia i Fifina wróciły do salonu, unosząc to słowo jako nowy żer dla drwinek. Lucjan wymówił się od deklamacji, tłumacząc się brakiem pamięci. Kiedy pojawił się znów w salonie, nie budził już żadnego zainteresowania. Każdy zajęty był rozmową lub grą. Poeta zbył się już wszystkich promieni; właściciele ziemscy nie widzieli w nim nic użytecznego; ludzie z pretensjami obawiali się go jako siły niebezpiecznej dla ich ignorancji; kobiety, zazdrosne o panią de Bargeton, Beatrycze214 tego nowego Dantego, wedle wyrażenia generalnego wikariusza, rzucały mu spojrzenia zimne i pogardliwe.