— Biedna Nanon — rzekł Grandet, nalewając jej cassis8.

— Uderzyłaś się? — rzekła Eugenia, patrząc na nią ze współczuciem.

— Nie, zatrzymałam się, zaparłam się w sobie.

— No więc, skoro to urodziny Eugenii, naprawię wam ten schodek. Wy nie umiecie stąpać bokiem, tam gdzie jest jeszcze dobry.

Grandet wziął świecę, zostawił żonę, córkę i służącą bez innego światła prócz kominka rzucającego żywe blaski i poszedł do drewutni, aby przynieść deski, gwoździe i narzędzia.

— Pomóc panu? — zawołała Nanon, słysząc, że pan jej tłucze się na schodach.

— Nie, nie; znam się na tej robocie — odparł eks-bednarz.

W chwili, gdy Grandet sam naprawiał spróchniałe schody i gwizdał co sił, przypominając sobie młode lata, trzej Cruchotowie zapukali do drzwi.

— To pan, panie Cruchot? — spytała Nanon, patrząc przez kratę.

— Tak — odparł prezydent.