Wreszcie nadszedł dzień poprzedzający wyjazd. Rano w nieobecności Grandeta i Nanon szacowną szkatułkę, w której znajdowały się dwa portrety, powierzono jedynej szufladzie kantorka, która się zamykała na klucz i gdzie była sakiewka, obecnie próżna. Złożenie tego skarbu nie obeszło się bez pocałunków i łez. Kiedy Eugenia ukryła klucz na łonie, nie miała siły bronić Karolowi ucałowania tego miejsca.

— Nie wyjdzie już stąd, ukochany mój.

— I moje serce będzie tam również.

— Och, Karolu, to niedobrze — rzekła tonem niezbyt surowym.

— Czyż nie jesteśmy małżeństwem? — odparł. — Mam twoje słowo, przyjmij ty moje.

— Twój na zawsze, twoja na zawsze — powiedzieli razem.

Nigdy na ziemi nie wymieniono świętszej obietnicy; niewinność Eugenii uświęciła na chwilę miłość Karola.

Nazajutrz rano śniadanie było smutne. Mimo złotego szlafroka i krzyżyka na aksamitce, jakie jej dał Karol, nawet Nanon, mogąca swobodnie wyrazić swoje uczucia, miała łzy w oczach.

— Biedny milusi pan jedzie na morze, niechże go Bóg prowadzi.

O wpół do jedenastej rodzina ruszyła, aby odprowadzić Karola do dyliżansu jadącego do Nantes. Nanon spuściła psa, zamknęła drzwi i chciała zabrać torbę podróżną Karola. Wszyscy przekupnie na starej ulicy znaleźli się na progu sklepów, aby widzieć ten pochód, do którego na rynku przyłączył się rejent Cruchot.