— Ma słuszność — rzekła pani Grandet.

— Proszę pani, najlepszym sposobem zamknięcia ust ludziom jest wrócić pani wolność — odparł z uszanowaniem stary rejent, uderzony pięknością, jaką samotność, melancholia i miłość opromieniły Eugenię.

— No więc, córko, pozwól panu Cruchot załatwić tę sprawę, skoro ręczy za sukces. Zna ojca i wie, jak się wziąć do niego. Jeśli chcesz mnie widzieć szczęśliwą przez tych niewiele dni, które mi zostały do życia, trzeba koniecznie, abyście się pojednali z ojcem.

Nazajutrz Grandet, zgodnie z obyczajem, jaki przybrał od czasu zamknięcia Eugenii, przechadzał się po ogrodzie. Obrał na tę przechadzkę czas, w którym Eugenia się czesała. Kiedy stary dochodził do grubego orzecha, chował się za drzewo, stał parę chwil, patrząc na długie włosy córki; wahał się widocznie między myślami, jakie mu podsuwał jego upór a ochotą uściskania swego dziecka. Często siadywał na spróchniałej ławeczce, na której Karol i Eugenia przysięgli sobie wieczną miłość, podczas gdy ona patrzyła też na ojca ukradkiem albo w zwierciadle. Jeżeli wstał i rozpoczął na nowo przechadzkę, ona siadała przy oknie i patrzyła na mur, z którego zwisały najpiękniejsze kwiaty i z którego szczelin puszczały się pędy roślin.

Rejent Cruchot przyszedł wcześnie i zastał starego winiarza siedzącego w piękny dzień czerwcowy na ławeczce i wpatrzonego w córkę.

— Czym panu mogę służyć, rejencie? — rzekł.

— Mam z panem pomówić o interesach.

— Ha, ha! Masz pan dla mnie może trochę złota za moje talary?

— Nie, nie; nie chodzi o pieniądze, ale o pańską Eugenię. Całe miasto mówi o niej i o panu.

— Czego się mieszają? Wolność Tomku w swoim domku.