— Czy jest tam?... Czy jest tam?...
— Tak, ojcze.
— Czuwaj nad złotem... połóż złoto przede mną...
Eugenia układała dukaty na stole, a on trwał tak godziny całe z oczami wlepionymi w dukaty, niby dziecko, które w chwili, gdy zaczyna widzieć, patrzy tępo na jeden przedmiot, i jak dziecku wydzierał mu się uśmiech:
— To mnie grzeje — mówił czasami, przybierając wyraz błogości.
Kiedy proboszcz przyszedł go opatrzyć18, oczy jego, umarłe na pozór od kilku godzin, ożywiły się na widok krzyża, lichtarzy, srebrnej kropielnicy; patrzył w nie uparcie, a narośl na jego nosie poruszyła się ostatni raz. Kiedy ksiądz zbliżył mu do ust pozłacany krucyfiks, aby mu dać pocałować Chrystusa, zrobił straszliwy ruch, aby go pochwycić i ten ostatni wysiłek kosztował go życie. Zawołał Eugenię, której nie widział, mimo że klęczała koło niego i zwilżyła łzami jego rękę już zimną.
— Ojcze, pobłogosław mnie — rzekła.
— Pilnuj dobrze wszystkiego. Zdasz mi sprawę tam w górze — rzekł, dowodząc ostatnimi słowami, że chrystianizm powinien być religią skąpców.
Eugenia Grandet znalazła się więc sama w tym domu, mając jedną Nanon, z którą mogła wymienić spojrzenie, pewna iż będzie zrozumiana; Nanon, jedyną istotę, która ją kochała dla niej samej i z którą mogła rozmawiać o swoich zgryzotach. Wielka Nanon była opatrznością Eugenii. Toteż nie była już służącą, ale uniżoną przyjaciółką.
Po śmierci ojca Eugenia dowiedziała się przez rejenta Cruchot, że ma trzysta tysięcy renty w dobrach w powiecie Saumur, sześć milionów ulokowanych na trzy od sta po sześćdziesiąt franków, a renta stała wówczas po siedemdziesiąt siedem, do tego dwa miliony w złocie i sto tysięcy w srebrze, nie licząc czynszów do odebrania. Ogólny szacunek jej majątku dochodził siedemnastu milionów.