— Ci ludzie wyrzucają pieniądze przez okno.
— Co mi to szkodzi, jeżeli wpada do mojej piwnicy — odparł winiarz.
— Gdybyś pan chciał dać złote nożyczki swojej córce, miałbyś na to środki — rzekł ksiądz.
— Ja jej daję coś lepszego niż nożyczki — odparł Grandet.
„Mój bratanek jest ryfa” — myślał ksiądz, spoglądając na prezydenta, którego zjeżone włosy nie dodawały wdzięku ogorzałej fizjognomii. — „Czy nie mógł wymyślić jakiegoś głupstewka, które miałoby pewną wartość?”
— Zagramy sobie z panią, pani Grandet — rzekła pani des Grassins.
— Jesteśmy wszyscy razem, mogemy zrobić dwa stoły...
— Skoro to urodziny Eugenii, zróbcie generalną loteryjkę, dzieci też zagrają.
I stary bednarz, który nie grał nigdy w żadną grę, wskazał córkę i Adolfa.
— No, Nanon, ustaw stoły.