W chwili gdy pani Grandet wygrała szesnaście su, największą stawkę, o jaką kiedykolwiek grano w tej sali i kiedy Wielka Nanon śmiała się z uciechy, widząc, że jej pani zgarnia tak potężną sumę, rozległ się młotek u bramy, robiąc taki hałas, że kobiety podskoczyły na krzesłach.
— To nie mieszkaniec Saumur tak puka — rzekł rejent.
— Jak można walić w ten sposób — rzekła Nanon. — Czy on chce rozwalić drzwi?
— Cóż to za kaduk? — wykrzyknął Grandet.
Nanon wzięła jedną z dwóch świec i poszła otworzyć razem z panem Grandet.
— Mężu, mężu! — krzyknęła żona, która parta nieokreślonym uczuciem lęku rzuciła się ku drzwiom.
Wszyscy gracze popatrzyli po sobie.
— Może byśmy tam poszli — rzekł pan des Grassins. — To pukanie wydało mi się jakieś złowróżbne.
Pan des Grassins zaledwie przelotnie dostrzegł fizjognomię młodego człowieka, za którym szedł posługacz z biura dyliżansów, niosąc dwie ogromne walizy i wlokąc worki z pościelą. Grandet obrócił się żywo do żony i rzekł:
— Żono, idź do loteryjki. Pozwól mi rozmówić się z panem.