„Niczego kobietka” — powiadał sobie w duchu Karol, odwzajemniając przymilne minki pani des Grassins.
— Zdaje mi się, żono, że ty chcesz wziąć pana w niewolę — rzekł, śmiejąc się, gruby bankier.
Na tę uwagę rejent i prezydent rzucili jakieś uszczypliwe słówka, ale ksiądz, spojrzawszy na nich chytrze, streścił ich myśli, biorąc niuch tabaki i podając w krąg tabakierkę:
— Któż by lepiej od pani — rzekł — mógł temu młodemu panu robić honory Saumur.
— He, he, jak to ksiądz rozumiesz? — spytał pan des Grassins.
— W sensie najzaszczytniejszym dla pani, dla miasta Saumur i dla młodego pana — odparł chytry starzec, obracając się w stronę Karola.
Nie zwracając na nich na pozór najmniejszej uwagi, ksiądz Cruchot umiał odgadnąć rozmowę Karola i pani des Grassins.
— Proszę pana — rzekł wreszcie Adolf do Karola tonem, który silił się na swobodę. — Nie wiem, czy pan mnie sobie przypomina, miałem przyjemność być pańskim vis à vis na balu u baronostwa de Nucingen...
— Ależ tak, oczywiście — odparł Karol zdziwiony, że jest przedmiotem uwagi całego towarzystwa.
— To pani syn? — spytał pani des Grassins.