Eugenia i jej matka rzuciły Karolowi spojrzenie, którego wyraz nie mógł go omylić.
— Co znaczą te słowa, stryju? Od śmierci mojej biednej matki... — przy tych słowach, głos jego zmiękł— ...nie ma już dla mnie możliwości nieszczęścia...
— Moje dziecko, któż może przewidzieć nieszczęścia, jakimi Bóg chce nas doświadczyć — rzekła ciotka.
— Ta ta ta ta! — rzekł Grandet. — Zaczynają się głupstwa. Z przykrością patrzę, mój chłopcze, na twoje ładne, białe rączki.
Tu pokazał mu iście baranie łopatki, jakie natura umieściła na końcu jego ramion.
— Oto ręce stworzone do zbierania talarów. Ciebie przyuczono oblekać nogi skórą, z jakiej my wyrabiamy portfele wekslowe. Niedobrze, niedobrze.
— Co stryj ma na myśli? Niech mnie powieszą, jeśli rozumiem bodaj słowo.
— Chodź — rzekł Grandet.
Skąpiec zamknął nóż, wypił resztę wina i otworzył drzwi.
— Odwagi, Karolu!