— Miałeś tysiąc beczek w tym roku, ojcze? — spytała Eugenia.
— Tak, córuchno.
To zdrobnienie było wyrazem najwyższej radości u starego bednarza.
— To czyni dwieście tysięcy sztuk po dwadzieścia su.
— Tak, panno Grandet.
— W takim razie, ojcze, możesz łatwo dopomóc Karolowi.
Zdumienia, gniewu, osłupienia Baltazara, kiedy ujrzał Mane-Tekel-Fares nie dałoby się porównać z zimną wściekłością Grandeta, który, zapomniawszy już o bratanku, odnajdywał go w sercu i w rachubach córki.
— Ej, do kata, odkąd ten cacuś przestąpił próg mego domu, wszystko tu idzie do diaska! Tylko wam w głowie cukierki, uczty i bale. Nie chcę tego wszystkiego. Dość jestem stary, abym sam wiedział,jak mam postępować. Nie potrzebuję lekcji od córki ani od nikogo. Zrobię dla mego bratanka to, co uznam za stosowne; wy nie potrzebujecie do tego wścibiać nosa. Co do ciebie, Eugenio — dodał, obracając się do niej. — Nie mów mi już o nim, inaczej wyprawę cię razem z Nanon do klasztoru w Noyers i to nie dalej niż jutro, jeżeli tylko piśniesz. Gdzie on jest, ten chłopak, czy już zszedł?
— Nie, mężu — odparła pani Grandet.
— No i co on robi?