— Dalibóg, pani Grandet, ty już sama nie wiesz, co wymyślić, aby wyrzucać pieniądze. Żałoba jest w sercu, nie w ubraniu.
— Ale żałoba po bracie jest nieodzowna, a Kościół nakazuje, aby...
— Kup sobie żałobę ze swoich sześciu ludwików. Dla mnie kup krepę, to mi wystarczy.
Eugenia podniosła oczy do nieba, nie mówiąc słowa. Pierwszy raz w życiu jej szlachetna natura, uśpiona, zdławiona, ale nagle rozbudzona, poczuła się raz po raz draśnięta. Wieczór ten był na pozór podobny do tysiąca wieczorów ich jednostajnej egzystencji, ale był z pewnością najokropniejszy. Eugenia pracowała, nie podnosząc głowy i nie używając neseseru, który Karol zlekceważył w wilię. Pani Grandet robiła na drutach rękawki. Grandet kręcił palce przez cztery godziny, pogrążony w rachunkach, których rezultaty miały nazajutrz zdumieć całe Saumur.
Nikt nie odwiedził ich owego dnia. W tej chwili całe miasto trzęsło się od sztuczki Grandeta, od bankructwa jego brata i przybycia bratanka. Wiedzeni potrzebą gadania o wspólnych interesach, wszyscy właściciele winnic z wyższego i średniego towarzystwa Saumur zeszli się u pana des Grassins, gdzie pomstowali na byłego mera co wlezie.
Nanon przędła, a turkot kołowrotka był jedynym odgłosem, jaki się rozlegał pod ciemnymi belkami sali.
— Nie psujemy sobie języków — rzekła, ukazując wielkie białe zęby niby obrane migdały.
— Niczego nie trzeba psuć — rzekł Grandet, budząc się ze swych dumań.
Widział w perspektywie trzech lat osiem milionów; żeglował po tej wielkiej tafli złota.
— Idźmy spać: powiem dobranoc bratankowi za nas wszystkich i popatrzę, czy nie chce czego.