Kiedy spojrzała na kuzyna, była jeszcze bardzo czerwona, ale przynajmniej spojrzenia jej mogły kłamać i nie okazać bezmiernej radości, która zalewała jej serce; mimo to, oczy ich wyrażały jedno uczucie, jak dusze ich stopiły się w jednej myśli: przyszłość należała do nich. To słodkie wzruszenie było dla Karola w pełni jego straszliwego cierpienia tym rozkoszniejsze, im bardziej było niespodziewane.
Uderzenie młotka przywołało obie kobiety na ich miejsce. Szczęściem mogły zbiec dość szybko, aby się znaleźć przy robocie, kiedy wszedł Grandet: gdyby je spotkał w sieni, wystarczyłoby to zupełnie, aby obudzić jego podejrzenia.
Po śniadaniu, które stary spożył, stojąc, zjawił się gajowy. Gajowy ów, który nie dostał jeszcze przyrzeczonego wynagrodzenia, przybył z Froidfond, skąd przyniósł zająca, kuropatwy zabite w parku, węgorze i dwa szczupaki dostarczone przez młynarza.
— He, he, poczciwy Cornoiller, zjawia się jak na obstalunek. Dobre to do jedzenia?
— Tak, mój zacny panie, zabite przed dwoma dniami.
— Dalej, Nanon, na ramię broń! — rzekł stary. —Weź to, będzie na obiad, zaprosiłem panów Cruchot.
Nanon otworzyła głupawe oczy i patrzyła na wszystkich.
— Jak to — rzekła — a skąd wezmę słoniny i korzeni?
— Żono — rzekł Grandet — daj sześć franków Nanon i przypomnij mi, abym zszedł do piwnicy po parę flaszek dobrego wina.
— No więc, panie Grandet... — rzekł gajowy, który przygotował mówkę, aby wyjaśnić kwestię swoich zasług — panie Grandet...