— Dobrze, dobrze. I ja w zwiąąąą..zku z tym, co pan wiesz, usunę się do mojej saaa...ali obrad, jak powiada prezydent Cruchot.

„Tam do licha, nie jestem już panem de Bonfons” — pomyślał smutno prawnik, którego twarz przybrała wyraz twarzy sędziego znudzonego rozprawą.

Głowy dwóch współzawodniczących rodzin wyszły razem. Ani jedni, ani drudzy nie myśleli już o zdradzie, jakiej dopuścił się tego rana Grandet wobec klanu winiarzy; badali się nawzajem, ale na próżno, aby przeniknąć, co myślą o prawdziwych zamiarach starego lisa w obecnej sprawie.

— Idzie pan z nami do pani d’Orsonval? — rzekł des Grassins do rejenta.

— Przyjdziemy później — odparł prezydent. — Jeżeli stryj pozwoli, przyrzekłem złożyć małą wizytkę pannie de Gribeaucourt, pójdziemy tam najpierw.

— Do widzenia zatem, panowie — rzekła pani des Grassins.

Kiedy rodzina des Grassins znalazła się o kilka kroków od Cruchotów, Adolf rzekł:

— Jadą na całego, co?

— Cicho, Adolfie — rzekła matka. — Mogą jeszcze usłyszeć. Zresztą, to nie jest wyrażenie w dobrym guście, zanadto trąci knajpą.

— I cóż, stryju — wykrzyknął sędzia, ujrzawszy, że państwo des Grassins są daleko. — Zaczęło się od tego, że byłem panem de Bonfons, a skończyłem jako zwykły Cruchot.