„Już się go wyrzec! Nie, nie przeczytam tego listu. Trzeba odejść. A gdybym przeczytała?”

Popatrzyła na Karola, ujęła lekko jego głowę, złożyła ją na grzbiecie fotela; on poddawał się jak dziecko, które nawet we śnie poznaje matkę i nie budząc się, przyjmuje jej opiekę i jej pocałunki. Jak matka Eugenia podniosła zwisającą rękę i jak matka pocałowała łagodnie włosy. „Droga Anetko!...” — Szatan krzyczał jej w ucho te słowa:

— Wiem, że może robię źle, ale przeczytam ten list — rzekła.

Eugenia odwróciła głowę, jej szlachetna uczciwość szemrała. Pierwszy raz w życiu dobro i zło starło się w jej sercu. Dotąd nie potrzebowała się rumienić za żaden uczynek. Namiętność i ciekawość porwały ją. Z każdym zdaniem serce jej wzbierało bardziej, a piekący żar, który ożywiał ją podczas tej lektury, uczynił jej tym bardziej łakomymi rozkosze pierwszej miłości.

„Droga Anetko, nic nie mogłoby nas rozłączyć poza tym nieszczęściem, które zwaliło się na mnie i którego żaden rozum ludzki nie mógł przewidzieć. Ojciec mój zabił się; jego i mój majątek całkowicie przepadły. Jestem sierotą w wieku, w którym przy moim wychowaniu mogę uchodzić za dziecko; mimo to muszę się podnieść jak mężczyzna z przepaści, w którą runąłem. Obróciłem część tej nocy na zrobienie rachunków. Jeżeli chcę opuścić Francję jako uczciwy człowiek — a co do tego nie ma wątpliwości — nie mam dla siebie ani stu franków, aby z nimi próbować szczęścia w Indiach lub w Ameryce. Tak, droga Anetko, pojadę szukać szczęścia w klimatach najbardziej morderczych; pod takim niebem fortuna jest szybka i pewna, jak mnie zapewniają. Nie potrafiłbym zostać w Paryżu. Ani moja dusza, ani moja twarz nie nawykły do znoszenia afrontów, chłodu, wzgardy, jakie czekają człowieka zrujnowanego, syna bankruta. Dobry Boże! być dłużnym dwa miliony?... Zginąłbym w pojedynku w ciągu tygodnia. Toteż nie wrócę tam. Twoja miłość, najtkliwsza, najbardziej oddana, jaka kiedykolwiek uszlachetniła serce mężczyzny, nie zdołałaby mnie tam ściągnąć. Niestety, moja ukochana, nie mam dość pieniędzy na to, aby się udać tam gdzie ty jesteś, przyjąć twój ostatni pocałunek, z którego zaczerpnąłbym siły potrzebnej dla mego zamiaru...”

— Biedny Karol, dobrze zrobiłam, że przeczytałam. Mam złoto, dam mu je — rzekła Eugenia.

Otarłszy kilka łez, czytała dalej.

„Nie pomyślałem jeszcze o nieszczęściach nędzy. O ile znajdę sto ludwików nieodzownych na podróż, nie będę miał ani grosza na ładunek towaru. Ale nie, nie będę miał ani stu ludwików, ani jednego ludwika; będę wiedział, ile mi zostało pieniędzy dopiero po uregulowaniu swoich długów w Paryżu. Jeśli nie będę miał nic, pojadę spokojnie do Nantes, zaciągnę się jako prosty majtek i zacznę tak, jak zaczynali ludzie z charakterem, którzy za młodu nie mieli ani grosza, a którzy wrócili z Indii bogaczami. Od dziś rana spokojnie przyglądam się swojej przyszłości. Jest ona okropniejsza dla mnie niż dla kogokolwiek innego; dla mnie, pieszczonego przez matkę, która mnie ubóstwiała; kochanego przez najlepszego ojca i obdarzonego na wstępie w świat miłością takiej Anny! Poznałem tylko kwiaty życia; to szczęście nie mogło trwać. Mam wszelako, droga Aneto, więcej odwagi, niż można się jej było spodziewać po lekkomyślnym chłopcu, nawykłym do pieszczot najrozkoszniejszej kobiety w Paryżu, kołysanym słodyczami życia rodzinnego, któremu wszystko uśmiechało się w domu i którego zachcenia były dla ojca prawem... Och, mój ojciec, Anetko, nie żyje... Więc tak, zastanowiłem się nad swoim położeniem, zastanowiłem się nad twoim także. Bardzo się postarzałem w ciągu tej doby. Droga Anno, gdybyś — chcąc mnie zatrzymać przy sobie w Paryżu — poświęciła wszystkie słodycze twego zbytku, twoją tualetę, twoją lożę w Operze, jeszcze nie doszlibyśmy do cyfry wydatków koniecznych dla mego lekkomyślnego życia; nie mógłbym zresztą przyjąć takiego poświęcenia. Rozstajemy się więc dziś na zawsze...”

— Porzuca ją, Panno Najświętsza! Co za szczęście!

Eugenia skoczyła z radości. Karol uczynił ruch, dreszcz ją przebiegł ze zgrozy; szczęśliwie dla niej, nie obudził się. Czytała dalej: