To mówiąc, obrócił ku mnie swą bladą twarz cuchnącą pieniądzem.
Wróciłem do siebie zdumiony. Ten drobny, suchy starzec urósł mi nagle. Zmienił się w oczach w jakąś fantastyczną postać, wcielenie potęgi złota. Czułem wstręt do życia i ludzi. „Wszystko więc sprowadza się do pieniędzy?” — pytałem sam siebie. Przypominam sobie, że zasnąłem bardzo późno. Widziałem dokoła stosy złota. Śniłem o pięknej hrabinie. Wyznaję nawet ze wstydem, że usunęła najzupełniej w cień skromną i czystą istotę skazaną na pracę i mrok; ale nazajutrz rano poprzez mgły przebudzenia słodka Fanny objawiła mi się w całej swojej krasie, myślałem już tylko o niej.
— Chce pan wody z cukrem? — rzekła wicehrabina, przerywając.
— Chętnie — odparł.
— Ale nie widzę w tym nic, co by nas mogło dotyczyć — rzekła pani de Grandlieu, dzwoniąc.
— Tam do kata! — zaklął Derville swoją ulubioną klątwą — zaraz obudzę pannę Kamillę, kiedy jej powiem, iż szczęście jej było niegdyś w rękach papy Gobsecka; że jednak nieborak umarł, licząc osiemdziesiąt dziewięć lat, pan de Restaud stanie się niebawem posiadaczem ładnej fortuny. To wymaga objaśnienia. Co się tyczy Fanny Malvaut, znacie ją państwo, to moja żona!
— Poczciwiec — rzekła wicehrabina — on by się do tego przyznał przy dwudziestu osobach ze zwykłą swą szczerością.
— Krzyczałbym to całemu światu — rzekł adwokat.
— Pij pan, pij, mój dobry Derville. Nie będziesz nigdy niczym więcej, jak tylko najszczęśliwszym i najlepszym z ludzi.
— Zostawiłem pana przy ulicy du Helder u jakiejś hrabiny — wykrzyknął wuj, który widocznie zdrzemnął się trochę i teraz się ocknął. — Coś pan z nią zrobił?