— Będę miał za dziesięć dni dwadzieścia pięć lat — odparłem — inaczej nie mógłbym traktować o kupno.
— Słusznie!
— A więc?
— Możliwe.
— W takim razie trzeba by działać szybko, inaczej podbiją mi cenę.
— Przynieś mi pan jutro swoją metrykę, pomówimy o tej sprawie, pomyślę.
Nazajutrz o ósmej byłem u starego. Wziął urzędowy papier, włożył okulary, kaszlnął, splunął, zawinął się w czarny szlafrok i przeczytał od deski do deski wyciąg metrykalny. Następnie obrócił go parę razy w rękach, spojrzał na mnie, znów kaszlnął, pokręcił się na krześle i rzekł:
— Spróbujemy ubić ten interes.
Zadrżałem.
— Kapitały moje przynoszą mi pięćdziesiąt procent — dodał — czasem sto, dwieście, pięćset procent.