— Panie Gobseck — rzekłem — przyprowadzam panu jednego z moich najbliższych przyjaciół (któremu tyle ufam co diabłu, szepnąłem na ucho starcowi). Przez wzgląd na mnie, raczy mu pan wygodzić (na zwykły procent) i wydobyć go z kłopotu (jeśli to panu dogadza).
Pan de Trailles skłonił się lichwiarzowi, usiadł i przybrał dworską postawę, której wytworna uniżoność oczarowałaby każdego. Ale Gobseck siedział przy kominku nieruchomy, niewzruszony. Gobseck podobny był do posągu Woltera w przedsionku Komedii Francuskiej; uchylił lekko, jakby dla ukłonu, zużytego kaszkietu, a kawałek żółtej czaszki, który pokazał, dopełniał tego podobieństwa z marmurem.
— Mam pieniądze dla moich klientów — rzekł.
— Bardzo się tedy pan gniewa, żem się zrujnował gdzie indziej niż u pana — rzekł, śmiejąc się, hrabia.
— Zrujnował! — odparł Gobseck z ironią.
— Chce pan powiedzieć, że nie można zrujnować człowieka, który nie ma nic? Ale znajdź pan w Paryżu piękniejszy kapitał! — wykrzyknął elegant, wstając i okręcając się na pięcie.
Ten żarcik niemal serio nie zdołał wzruszyć Gobsecka.
— Czyż nie jestem serdecznym przyjacielem Ronquerolles’a, de Marsay’a, Franchessiniego, obu Vandenessów, Ajuda-Pinto, słowem całej najświetniejszej młodzieży? Grywam do spółki z księciem i ambasadorem, których pan zna. Moje dochody są w Londynie, Karlsbadzie, Baden, w Bath. Czyż to nie jest najwspanialszy przemysł?
— Prawda.
— Robicie ze mnie gąbkę, do kroćset, pozwalacie mi spęcznieć w salonach, aby mnie wycisnąć w krytycznych chwilach, ale wy jesteście także gąbki i śmierć was wyciśnie.