— Słusznie.
Turkot dorożki zatrzymującej się u bramy rozległ się w pokoju.
— Pójdę przynieść coś, co panu może wystarczy — wykrzyknął młody człowiek.
— O mój synu! — wykrzyknął Gobseck, wstając i wyciągając do mnie ręce, skoro utracjusz wyszedł — jeżeli ma dobry zastaw, ocalasz mi życie! Ja bym tego nie przeżył. Werbrust i Gigonnet myśleli, że mi spłatali figla. Dzięki tobie uśmieję się z nich serdecznie dziś wieczór.
Radość starca miała coś przerażającego. Była to jedyna chwila wylania, jaką miał ze mną. Mimo krótkiego trwania tej radości, nie wyjdzie mi ona nigdy z pamięci.
— Zrób mi tę przyjemność i zostań tutaj — dodał. — Mimo że jestem uzbrojony i pewny mojej ręki jak człowiek, który niegdyś polował na tygrysy i bił się na pokładzie o śmierć i życie, nie dowierzam temu frantowi.
Usiadł z powrotem przed biurkiem. Twarz jego stała się znów blada i spokojna.
— Ho, ho! — rzekł, zwracając się do mnie — ujrzysz z pewnością piękną istotę, o której ci mówiłem niegdyś, słyszę w korytarzu arystokratyczne kroki.
W istocie, młody człowiek wrócił, prowadząc kobietę, w której poznałem ową hrabinę odmalowaną mi niegdyś przez Gobsecka, jedną z córek poczciwego Goriot. Hrabina nie spostrzegła mnie zrazu, stałem przy oknie, wyglądając na ulicę. Wchodząc do ciemnego i wilgotnego pokoju lichwiarza, rzuciła nieufne spojrzenie na Maksyma. Była tak piękna, że mimo jej błędów, żal mi jej było. Jakiś straszliwy lęk miotał jej sercem, szlachetne i dumne rysy nie umiały pokryć konwulsyjnego skurczu. Ten młody człowiek stał się jej złym duchem. Podziwiałem Gobsecka, który cztery lata wprzódy z pierwszego wekslu przejrzał los tych dwojga istot.
„Prawdopodobnie — rzekłem sobie — ten potwór z twarzą anioła panuje nad nią wszelkimi możliwymi sprężynami: próżność, zazdrość, rozkosz, wir świata”.