— Skąd mogę wiedzieć, czy to jest pańska żona — spytał lichwiarz — skoro nigdy nie miałem przyjemności pana widzieć?
— Myli się pan, panie Gobseck — rzekł hrabia z głęboką ironią. — Spotkaliśmy się jednego rana w sypialni mojej żony. Przyszedł pan z wekslem podpisanym przez nią, z wekslem, na który nie ona pobrała pieniądze.
— Nie moją rzeczą było dochodzić, w jaki sposób się pokryła — odparł Gobseck, odpowiadając hrabiemu złośliwym spojrzeniem. — Zeskontowałem ten weksel jednemu z moich kolegów. Zresztą, proszę pana — rzekł kapitalista, nie wzruszając się, nie podnosząc głosu i nalewając kawę do kubka z mlekiem — pozwoli pan zwrócić sobie uwagę, że nie uznaję tego, aby mi pan miał prawo robić uwagi w moim domu: jestem pełnoletni od roku 61 zeszłego wieku.
— Kupiłeś pan za nędzną cenę brylanty rodzinne, które nie należały do mojej żony.
— Nie poczuwając się do obowiązku wtajemniczać pana w moje interesy, powiem panu, panie hrabio, że jeżeli brylanty zostały panu skradzione przez panią hrabinę, powinien pan był uprzedzić cyrkularzem jubilerów, aby ich nie kupowali. Wszak mogła je sprzedać częściowo.
— Panie! — wykrzyknął hrabia — pan zna moją żonę.
— Doprawdy?
— Ona pozostaje pod władzą mężowską.
— Możebne.
— Nie miała prawa rozporządzać tymi brylantami...