Po dyskusji, w której zręczność i chciwość Gobsecka byłyby pobiły cały kongres dyplomatów, sporządziłem akt, w którym hrabia uznał, iż otrzymał od lichwiarza sumę osiemdziesięciu tysięcy franków łącznie z procentami, za zwrotem której Gobseck zobowiązuje się zwrócić brylanty.

— Co za marnotrawstwo! — wykrzyknął mąż, podpisując. — Jak zasypać tę przepaść?

— Panie — spytał poważnie Gobseck — czy pan ma dużo dzieci?

Na to pytanie hrabia zadrżał, jak gdyby lichwiarz, podobny biegłemu lekarzowi, położył nagle palec na siedlisku choroby. Mąż nie odpowiedział.

— Ba! — podjął Gobseck, rozumiejąc to bolesne milczenie — znam pańską historię na pamięć. Ta kobieta to demon, którego pan kocha może jeszcze; wierzę chętnie, mnie samego poruszyła! Może chciałby pan ocalić swój majątek, zachować go dla jednego lub dwojga swoich dzieci. Więc dobrze, rzuć się w wir świata, graj, strać ten majątek, przychodź często do Gobsecka. Świat powie, że ja jestem Żyd, Arab, lichwiarz, rozbójnik, że ja pana zrujnowałem! Drwię sobie z tego! Skoro mnie kto obrazi, kładę go trupem, nikt tak dobrze nie strzela z pistoletu i nie włada szpadą jak pański sługa. Wiedzą o tym! Potem postaraj się pan o przyjaciela, jeżeli zdołasz go znaleźć, sprzedasz mu fikcyjnie swój majątek. — Wszak wy to nazywacie fideikomisem, nieprawdaż? — zwrócił się do mnie.

Hrabia zdawał się zupełnie zatopiony w myślach, pożegnał nas, mówiąc:

— Otrzyma pan swoje pieniądze jutro, niech pan przygotuje brylanty.

— Głupi jak uczciwy człowiek — rzekł zimno Gobseck, skoro hrabia wyszedł.

— Powiedz pan raczej, głupi jak zakochany.

— Należy ci się od hrabiego za sporządzenie aktu — zawołał, widząc, że odchodzę.