— Więc dobrze, tak, bądź bez litości dla mnie, bądź nieubłagany — rzekła — ale dzieci! Skaż swoją wdowę na życie w klasztorze, usłucham, odpokutuję moje błędy względem ciebie, jak tylko mi rozkażesz, ale niech dzieci będą szczęśliwe! Och! dzieci! dzieci!

— Mam tylko jedno dziecko — odparł hrabia, wyciągając rozpaczliwym gestem wychudłą dłoń do syna.

— Przebacz mi! Ja żałuję, żałuję!... — krzyczała hrabina, obejmując wilgotne nogi męża.

Łkania nie pozwalały jej mówić, jedynie bezładne oderwane słowa wychodziły ze spieczonego gardła.

— Po tym, coś zleciła Ernestowi, ty śmiesz mówić o żalu — rzekł umierający, który szarpnąwszy nogą, obalił hrabinę. — Brzydzisz mnie — dodał z obojętnością, która miała coś przerażającego. — Byłaś złą córką, złą żoną, będziesz złą matką.

Nieszczęśliwa kobieta padła zemdlona. Umierający wrócił do łóżka, położył się i stracił przytomność w kilka godzin później. Przyszli księża z sakramentami. Była północ, kiedy umarł. Poranna scena wyczerpała jego siły.

Przybyliśmy o północy ze starym Gobseckiem. Dzięki zamętowi, jaki panował w domu, dotarliśmy do saloniku obok pokoju zmarłego. Zastaliśmy troje dzieci we łzach i dwóch księży, którzy mieli spędzić noc przy ciele. Ernest zbliżył się do mnie i oznajmił, że matka chce zostać sama w pokoju hrabiego.

— Niech pan tam nie wchodzi — rzekł z cudownym akcentem i gestem — matka się modli!

Gobseck zaczął się śmiać owym właściwym sobie niemym śmiechem. Czułem się zbyt wzruszony uczuciem, jakie błyszczało na młodej twarzy Ernesta, aby podzielić ironię sknery. Kiedy chłopiec ujrzał, że zamierzamy wejść, rzucił się do drzwi, wołając:

— Mamo! czarni panowie cię szukają!