— Słowo uczciwości — mówiła mi odźwierna, moja stara znajoma — on chyba łyka to wszystko, ale biedaczek nie tyje od tego, bo chudy jest i suchy jak to ptaszysko na moim zegarze.

Wreszcie w zeszły poniedziałek Gobseck posłał po mnie inwalidę, który wchodząc do mego gabinetu, rzekł:

— Niech pan przyjdzie prędko, panie Derville, stary idzie zdać ostatnie rachunki, zżółkł jak cytryna, pilno mu mówić z panem, śmierć stoi przy łóżku, już go dławi ostatnia czkawka.

Kiedy wszedłem do pokoju umierającego, zastałem go na kolanach przy kominku, gdzie nie było wprawdzie ognia, ale za to była ogromna kupa popiołu. Gobseck zawlókł się tam z łóżka, ale siły mu brakło, aby się położyć z powrotem, jak również głosu, aby się użalić.

— Mój stary przyjacielu — rzekłem, podnosząc go i pomagając mu wrócić do łóżka — zimno tutaj, czemu pan nie każesz rozpalić ognia?

— Nie zimno mi — odparł — nie chcę ognia, nie chcę ognia! Idę nie wiem gdzie — dodał, rzucając mi ostatnie spojrzenie, spojrzenie blade i wystygłe — ale to wiem, że idę stąd. Mam objawy karfologii13 — rzekł, posługując się terminem świadczącym, jak jego inteligencja była jeszcze jasna i ścisła. — Zdawało mi się, że widzę pokój pełen żywego złota, wstałem, aby je zgarnąć. Komu się dostanie moje złoto? Nie dam go rządowi; zrobiłem testament, poszukaj go, Grocjuszu. Piękna Holenderka miała córkę, którą widziałem, nie pamiętam już gdzie, pewnego wieczora, przy ulicy Vivienne... Zdaje mi się, że ją nazywają Drętwa14, ładna jest jak anioł, wyszukaj ją, Grocjuszu. Jesteś wykonawcą mego testamentu, bierz, co zechcesz, jedz: są tu pasztety strasburskie, worki kawy, cukier, złote łyżki. Daj ten serwis swojej żonie, to prawdziwy Odiot. Ale komu brylanty? Zażywasz tabakę, chłopcze? Mam tu tabakę, sprzedaj ją w Hamburgu, zarobisz pół procent zwyżki. Słowem, mam wszystko i wszystko trzeba rzucić! No, ojczulku Gobseck, bez słabości, bądź sobą.

Usiadł na łóżku, twarz jego zarysowała się ostro na poduszce, jakby była z brązu; wyciągnął suche ramię i kościstą rękę na kołdrę, którą ścisnął, jak gdyby chciał się przytrzymać; popatrzał na kominek zimny jak jego metaliczne oko i umarł z całą świadomością. Patrzyliśmy nań, odźwierna, inwalida i ja: wydał mi się podobny do owych starych surowych Rzymian, których Lethière odmalował za konsulami na płótnie pod tytułem Śmierć dzieci Brutusa.

— Czort nie człowiek — rzekł inwalida w swojej żołnierskiej gwarze.

Ja słuchałem jeszcze fantastycznego inwentarza bogactw, które wyliczał umierający i spojrzenie moje, biegnące za jego spojrzeniem, utkwiło w kupie popiołu, której wielkość mnie uderzyła. Wziąłem szczypce i kiedy je tam utopiłem, uderzyłem o stos złota i srebra, narosły zapewne w czasie choroby z wpływów pieniężnych, których nie miał siły schować, a zbyt był nieufny, aby je posłać do banku.

— Biegnijcie do sędziego pokoju — rzekłem do starego inwalidy — aby tu jak najprędzej przyłożono pieczęcie.