— A ja niewzruszony! — podjął. — Stoję tam jak mściciel, zjawiam się jak wyrzut sumienia. Ale porzućmy domysły. Przybywam.
— Pani hrabina jeszcze śpi — mówi pokojówka.
— Kiedy ją będzie można widzieć?
— W południe.
— Pani hrabina chora?
— Nie, proszę pana, ale wróciła z balu o trzeciej rano.
— Nazywam się Gobseck, proszę jej powiedzieć moje nazwisko, będę tu w południe.
I odchodzę, znacząc mą obecność na dywanie zaścielającym schody. Lubię walać błotem dywany bogaczy, nie przez dokuczliwość, ale aby im dać uczuć szpon konieczności.
Zaszedłszy na ulicę Montmartre, do skromnego domu, otwieram starą bramę i widzę ciasny dziedzińczyk, gdzie słońce nie zagląda nigdy. Izdebka odźwiernego ciemna, szyba podobna do rękawa zbyt długo noszonego szlafroka, tłusta, ciemna, poszczerbiona.
— Panna Fanny Malvaut?