— Kiedyś, mój biedny mały — rzekła, całując go w czoło — zrozumiesz, że zawiniłam wobec was. Zostawię was tu bez majątku, bez...

Zawahała się.

— Bez ojca — dodała.

Na te słowa zalała się łzami, odepchnęła lekko syna, który odczuł, że matka chce być sama i zabrał na wpół uśpionego Mariana. Następnie w godzinę później, kiedy brat się położył, Ludwik wrócił cicho do altany, gdzie znajdowała się matka. Usłyszał wówczas te słowa, wyrzeczone głosem jakże lubym dla jego serca:

— Chodź, Ludwisiu!

Dziecko rzuciło się w ramiona matki, uścisnęli się niemal konwulsyjnie.

— Moje kochanie — rzekł wreszcie, dawał jej bowiem często to miano, gdy nawet słowa miłosne zdawały mu się zbyt słabe na wyrażenie swoich uczuć — moje kochanie, czemu ty boisz się, że umrzesz?

— Jestem chora, drogi aniele, z każdym dniem siły moje słabną, a choroba moja jest bez ratunku, wiem o tym.

— Cóż to za choroba?

— Powinnam zapomnieć o niej, a ty nigdy nie powinieneś znać przyczyny mojej śmierci.