— A! Zgodziliście się — odparł Maugredie.

— To kurczenie się, to rzecz zupełnie prosta — dodał Brisset.

— Nadprzyrodzona — rzekł Cameristus.

— W istocie — odparł Maugredie, przybierając poważną minę i oddając Rafaelowi jaszczur — rogowacenie skóry jest faktem niewytłumaczonym, a jednak naturalnym, który od początku świata doprowadza do rozpaczy medycynę i ładne kobiety.

Przyglądając się trzem doktorom, Valentin nie dojrzał w nich żadnej sympatii dla swoich cierpień. Wszyscy trzej, zapadając w milczenie za każdą odpowiedzią, mierzyli go obojętnym wzrokiem i wypytywali bez współczucia. Poprzez ich grzeczność przebijała obojętność. Czy to wskutek pewności, czy z powodu namysłu, słowa ich były tak rzadkie, tak leniwe, że chwilami Rafael sądził, że myślą o czym innym. Od czasu do czasu jedynie Brisset odpowiadał: „Dobrze, doskonale!” na wszystkie rozpaczliwe objawy, których obecność wykazywał Bianchon. Cameristus tonął w głębokiej zadumie; Maugredie robił wrażenie komediopisarza studiującego dwóch oryginałów, aby ich żywcem przenieść na scenę. Twarz Horacego zdradzała głęboką troskę, rozczulenie pełne smutku. Był lekarzem zbyt od niedawna, aby być nieczułym wobec bólu i niewzruszonym przy łożu żałoby; nie umiał zgasić w oczach łez przyjaźni, które nie pozwalają człowiekowi widzieć jasno oraz chwytać, na kształt generała armii, chwili sposobnej do zwycięstwa, nie słuchając krzyku konających. Spędzili jakieś pół godziny na tym, aby brać poniekąd miarę z chorego i choroby, tak jak krawiec bierze miarę młodemu człowiekowi zamawiającemu suknie weselne; powiedzieli parę komunałów, natrącili nawet coś o polityce, po czym wyrazili chęć przejścia do gabinetu Rafaela, aby wymienić poglądy i sformułować wyrok.

— Panowie — spytał Valentin — czy nie mogę być obecny przy naradzie?

Na te słowa Brisset i Maugredie okrzyknęli się żywo i mimo nalegań chorego nie zgodzili się naradzać w jego obecności. Rafael poddał się zwyczajowi w tej myśli, iż zdoła się wślizgnąć w korytarz, skąd z łatwością będzie mógł słyszeć dyskusję trzech lekarzy.

— Panowie — rzekł na wstępie Brisset — pozwólcie, że wam szybko wyrażę moje zdanie. Nie chcę ani go narzucać, ani poddawać dyskusji: po pierwsze, jest jasne, ścisłe i oparte na zupełnym podobieństwie między jednym z moich chorych a naszym pacjentem; następnie, czekają mnie w szpitalu. Ważny wypadek, który tam domaga się mojej obecności, niechaj usprawiedliwi to, że zabiorę głos pierwszy. Pacjent nasz tak samo wyczerpany jest pracą umysłową... Co on takiego napisał, Horacy? — rzekł zwracając się do młodego lekarza.

Teorię woli.

— Bagatela! Ależ to rozległy przedmiot. Jest wyczerpany, powiadam, nadmiarem myśli, nieprawidłowym trybem życia, nadużywaniem środków pobudzających. Nadmierna czynność ciała i mózgu spaczyły tedy funkcjonowanie całego ustroju. Łatwo jest, moi panowie, poznać w symptomach twarzy i ciała nadmierne podrażnienie żołądka, newrozę wielkiego zwoju sympatycznego, przeczulenie jamy brzusznej oraz skurcz hypochondrów. Zauważyliście wielkość i wypukłość wątroby. Wreszcie pan Bianchon dłuższy czas obserwował trawienie pacjenta i powiada, że jest oporne, leniwe. Ściśle mówiąc, nie ma już żołądka; człowiek przestał istnieć. Intelekt zanikł, ponieważ człowiek nie trawi. Stopniowe schorzenie jamy brzusznej, centrum życia, spaczyło cały ustrój. Stąd rozchodzi się nieustające i widoczne promieniowanie, zaburzenia udzieliły się mózgowi za pomocą zwojów nerwowych, a rezultatem przedrażnienie tego organu. Stąd monomania: chory żyje pod uciskiem idee fixe. Dla niego ten jaszczur kurczy się istotnie. Może był zawsze taki, jak go widzimy; ale czy się kurczy, czy nie, jaszczur ten jest dlań ową muchą, którą pewien wielki wezyr miał na nosie.