— Precz, precz! — krzyknął chory.
Następnego ranka Rafael, wspiąwszy się na skały, usiadł w zarosłej mchem rozpadlinie, skąd mógł widzieć wąską dróżkę, prowadzącą z miejscowości kąpielowej do jego schronienia. U stóp skały ujrzał Jonatasa znów rozmawiającego z Owerniantką. Jakaś złośliwa siła tłumaczyła mu potrząsania głową, rozpaczliwe gesty, okrutną prostotę tej kobiety, przyniosła mu z wiatrem nieszczęsne słowa. Zdjęty grozą uciekł na najwyższe szczyty i został tam do wieczora, nie mogąc wygnać posępnych myśli tak nieszczęśliwie zbudzonych w jego sercu ową okrutną troskliwością, jakiej był przedmiotem. Naraz wieśniaczka sama wyrosła przed nim niby cień w cieniu wieczora; spódnica jej w białe i czarne prążki zamajaczyła w jego wyobraźni niby wyschnięte żebra szkieletu.
— Idzie już chłód wieczorny — rzekła. — Jeśli pan tu zostanie, dojdzie pan tu jak ulęgałka. Trzeba wracać. To niezdrowo oddychać rosą, do tego nic pan nie jadł od rana...
— Kroćset diabłów! — wykrzyknął. — Stara wiedźmo, zostaw mnie, daj mi żyć, jak mi się podoba albo stąd zmykam! Już dość, że mi kopiesz dół co rano, przynajmniej nie kop mi go wieczór...
— Panu, dół? Ja panu kopię dół! Gdzież niby ten pański dół? Toć ja bym pana chciała widzieć krzepkim jak nasz ojciec, a nie w dole. Dół, et! zawsze nam dość wcześnie do dołu...
— Dość! — rzekł Rafael.
— Niech pan się mnie chwyci pod ramię.
Uczucie, które człowiek znosi najtrudniej, to litość, zwłaszcza kiedy na nią zasługuje. Nienawiść ma coś pobudzającego, daje żyć, rodzi zemstę; litość natomiast zabija, osłabia jeszcze naszą słabość. Jest to zło w obleśnej formie, wzgarda pod tkliwością albo tkliwość pod zniewagą. Rafael znalazł w stuletnim starcu litość tryumfującą, w dziecku litość ciekawą, u kobiety litość natrętną, u jej męża litość interesowną; ale pod jakąkolwiek formą objawiało się to uczucie, zawsze było brzemienne śmiercią. Poeta robi ze wszystkiego poemat, straszliwy albo radosny, wedle obrazu, który go uderzy; jego namiętna dusza odtrąca łagodne odcienie i wybiera zawsze żywe i jaskrawe kolory. Litość ta wydała w sercu Rafaela straszliwy poemat żałoby i melancholii. Nie pomyślał z pewnością o szczerości naturalnych uczuć, kiedy zapragnął zbliżyć się do natury. Kiedy myślał, że jest sam pod drzewem, zmagając się z uporczywym kaszlem, który zostawiał go zawsze do ostatka wyprutym z sił, widział nagle błyszczące oczy małego chłopca, postawionego na czatach w zaroślach; chłopak przyglądał mu się z ową dziecięcą ciekawością, w której jest tyleż drwin, co przyjemności, z jakąś nieokreśloną domieszką okrucieństwa. Straszliwe: Bracie, trzeba umrzeć trapistów zdawało się nieustannie wypisane w oczach wieśniaków, wśród których żył Rafael; nie wiedział, czego się bardziej lękać, ich naiwnych odezwań czy ich milczenia; wszystko go w nich krępowało. Jednego rana ujrzał dwóch czarno ubranych ludzi, którzy krążyli dokoła niego, obwąchując go niejako i oglądając ukradkiem; po czym udając, że zaszli tu spacerem, zadali mu parę zdawkowych pytań, na które odpowiedział krótko. Poznał w nich lekarza i proboszcza z miejscowości klimatycznej, zapewne przysłanych przez Jonatasa, wezwanych przez gospodarzy lub ściągniętych zapachem bliskiej śmierci. Ujrzał w tej chwili własny kondukt, usłyszał śpiewy księży, policzył świece. Piękności tej bujnej natury, na której łonie mniemał, iż odnalazł życie, jawiły mu się już tylko poprzez krepę. Wszystko, co wprzód zwiastowało mu długie życie, obecnie przepowiadało mu bliską śmierć. Nazajutrz wyjechał do Paryża, skąpany w melancholijnych i serdecznie żałosnych życzeniach swoich gospodarzy.
Po całonocnej podróży obudził się w jednej z najweselszych dolin w Bourbonnais, której horyzonty i widoki tańczyły przed nim, szybko unoszone niby mgliste obrazy snu. Natura roztaczała się jego oczom z okrutną zalotnością. Tu Allier rozwijał wśród bujnego krajobrazu swą płynną i lśniącą wstęgę; dalej sioła, skromnie ukryte w gardzieli żółtawych skał, ukazywały wieże swoich kościółków; to znów w małej dolince młyny jawiły się nagle po jednostajnych winnicach; a wciąż przesuwały się powabne zameczki, wioski wiszące u skał lub drogi wysadzane majestatycznymi topolami; wreszcie Loara i jej długie diamentowe płachty zalśniły wśród złotego piasku. Czary bez końca! Natura rozigrana, żywa jak dziecko, ledwie zdolna pomieścić w sobie miłość i jurność czerwcową, ściągała nieodparcie zgasłe spojrzenia chorego. Zaciągnął żaluzje w karecie i starał się usnąć. Wieczorem — minął już Cosne — obudziła go wesoła muzyka, znalazł się w pełni zabawy wiejskiej. Poczta mieściła się tuż koło rynku. Podczas gdy pocztylioni przeprzęgali konie, ujrzał rozbawioną ludność oddającą się tańcom, dziewczyny strojne kwiatami, ładne, pełne pokusy, ożywioną młodzież, potem gęby starych wieśniaków radośnie zaczerwienione winem. Małe dzieci dokazywały, stare baby gawędziły wśród śmiechów; wszystko miało swą wymowę, uciecha malowała się nawet w strojach i w zastawionych stołach. Plac i kościół miały radosną fizjonomię; dachy, okna, drzwi nawet, wyglądały również odświętnie. Podobny umierającym, drażliwym na najlżejszy hałas, Rafael nie mógł zdławić przekleństwa ani też pragnienia, aby nakazać milczenie tym skrzypkom, zmieść ten ruch, zgłuszyć ten gwar, rozpędzić tę urągającą mu wesołość. Zgnębiony wsiadł do powozu. Kiedy znów spojrzał na plac, ujrzał, że radość pierzchła, wieśniaczki rozbiegły się, a ławki opustoszały. Na trybunie dla orkiestry ślepy grajek rzępolił dalej na klarnecie hałaśliwą melodię. Ta muzyka bez tańca, ten samotny starzec o pomarszczonej twarzy, w łachmanach, z rozwianymi włosami, w cieniu lipy, to był niby fantastyczny obraz życzenia Rafaela. Padał strumieniami ulewny deszcz czerwcowy, który rodzi się z chmur naładowanych elektrycznością i ustaje równie szybko. Była to rzecz tak naturalna, że Rafael, ujrzawszy na niebie parę białych chmurek unoszonych wiatrem, nie pomyślał nawet o tym, aby spojrzeć na swój jaszczur. Wtulił się w kąt powozu, który niebawem potoczył się drogą.
Nazajutrz znalazł się u siebie, w swoim pokoju, przy kominku. Kazał rozpalić wielki ogień, zimno mu było. Jonatas przyniósł listy, wszystkie były od Pauliny. Otworzył pierwszy bez pośpiechu, rozwinął tak, jak gdyby to był papier z jakimś wezwaniem płatniczym. Przeczytał pierwsze zdanie: