— Potworze, poprzysiągłeś tedy mnie uśmiercić! — krzyknął.
Następnie drżąc cały od niebezpieczeństwa, jakie mu groziło, znalazł siły, aby się dostać do pokoju, wypił silną dawkę snu i położył się.
— Cóż u licha! — mruknął Jonatas, podnosząc się. — Toć pan Bianchon nakazał, aby go rozrywać.
Była blisko północ. O tej godzinie Rafael przez jeden z owych fizjologicznych kaprysów, które stanowią zdumienie i rozpacz medycyny, jaśniał we śnie dziwną pięknością. Żywy rumieniec barwił blade policzki. Czoło, pełne wdzięku jak czoło młodej dziewczyny, płonęło geniuszem. Życie kwitło na tej spokojnej i wypoczętej twarzy. Rzekłbyś, dziecię uśpione pod skrzydłem matki. Spał dobrym snem; koralowe usta falowały równym i czystym oddechem, uśmiechał się, przeniesiony z pewnością w marzeniu w jakieś piękne istnienie. Może miał sto lat, może jego wnuki życzyły mu długiego życia; może siedząc na prostej ławce, w słońcu, w zieleni, widział jak prorok z wysokiej góry ziemię obiecaną w dobroczynnej oddali...
— Jesteś więc?
Słowa te, wymówione srebrnym głosem, rozproszyły mgliste kształty jego snu. Przy blasku lampy ujrzał siedzącą na łóżku Paulinę, ale Paulinę wypięknioną przez rozłąkę i ból. Rafael zdumiał się na widok tej twarzy, białej jak płatki wodnego kwiatu, która w obramieniu długich czarnych włosów zdawała się w mroku jeszcze bielsza. Łzy wypisały na jej policzkach swą błyszczącą kolej i wisiały na nich gotowe spaść przy najlżejszym ruchu. Ubrana biało, z pochyloną głową i ledwo dotykając łóżka, była tam niby anioł, który zstąpił z nieba, niby zjawa, którą jedno skinienie może zdmuchnąć.
— Ach! Zapomniałam wszystkiego! — wykrzyknęła w chwili, gdy Rafael otworzył oczy. — Mam głos jedynie po to, aby ci powiedzieć: jestem twoja! Tak, moje serce jest tylko miłością. Och, nigdy, aniele mego życia, nie byłeś tak piękny. Oczy twoje strzelają piorunem... Ale zgaduję wszystko, tak. Byłeś szukać zdrowia z dala ode mnie, bałeś się mnie... A więc...
— Idź, idź! Zostaw mnie! — odparł wreszcie Rafael głucho. — Ależ idźże! Jeżeli tutaj zostaniesz, umrę. Czy chcesz patrzeć na moją śmierć?
— Umrzeć! — odparła. — Czyż ty możesz umrzeć beze mnie? Umrzeć, ależ ty jesteś młody! Umrzeć, ależ ja cię kocham! Umrzeć! — dodała głębokim i złamanym głosem, ujmując namiętnym ruchem jego ręce... — Zimne! — rzekła. — Czy to złudzenie?
Rafael wyciągnął spod poduszki płatek swego jaszczura, cienki i mały jak płatek barwinka, i pokazując go, rzekł: