— Inteligencja zabiła wszystko! — wykrzyknął karlista. — Daj pan pokój! Absolutna wolność wiedzie narody do samobójstwa, nudzą się w tryumfie jak Anglik-milioner.
— Cóż wy nam powiecie nowego? Dziś ośmieszyliście wszelką władzę, a nawet stało się rzeczą pospolitą przeczyć istnieniu Boga! Nie ma już wiary! Toteż nasz wiek jest niby stary sułtan strawiony rozpustą! W końcu wasz lord Byron, jako ostatni etap poetyckiej rozpaczy, opiewał zbrodnicze namiętności!
— Czy wiesz — odparł Bianchon zupełnie pijany — że odrobina fosforu więcej albo mniej czyni geniusza lub zbrodniarza, inteligentnego człowieka lub idiotę, cnotliwego lub łajdaka?
— Jak można w ten sposób traktować cnotę — wykrzyknął Cursy — cnotę, temat wszystkich sztuk teatralnych, rozwiązanie wszystkich dramatów, podstawę wszystkich trybunałów...
— Ech, zamilcz, bydlę. Twoja cnota to Achilles bez pięty — rzekł Bixiou.
— Pić!
— Chcesz się założyć, że wypiję butelkę szampana duszkiem?
— Duszek!.. To miniatura ducha...
— Pijani jak... jak... — mamrotał młody człowiek, pojąc obficie swoją kamizelkę.
— Tak, panie, obecny rząd zasadza się na tym, aby dać królować opinii publicznej.